poniedziałek, 10 lipca 2017

czereśnie i tajemniczy mierniczy




W sobotę wyposażyliśmy się - każdy według własnego uznania - w niezbędne akcesoria (ja - w książkę i czereśnie, duuużo czereśni) i - siup! - na plażę (nadodrzańską). Tuż za nami przybyły chmury. I wiatr. I ulewa. Gdyby nie zdjęcia, które pstryknęłam w pierwszych minutach pobytu, trudno by uwierzyć, że chwilę wcześniej świeciło słońce. I tak to plażowanie zakończyło się domowaniem: suszeniem ubrań i zjedzeniem upieczonych pod lazurową pierzynką portobello nadziewanych zielona i czerwoną papryką, mozzarellą, bakłażanem i cebulką (z cyklu: co w lodówce było). ;-) 

[Karyna Piwowarska, Przekrój]


A poza czereśniami? Trwa Miesiąc Spotkań Autorskich i w sobotę wybrałam się tam pierwszy raz (w tej edycji). W okularach przeciwsłonecznych (bo słońce przygrzewało na całego), ale z parasolem (bo a nuż znowu zadżdży). Przeszłam ledwie 200 m, gdy nagle - znowu bez żadnego ostrzeżenia - ulewa. I to taka, że ta popołudniowa wydała mi się przy niej małympikusiem. Parasol niewiele pomógł. Jeśli Mariuszowi Szczygłowi i Jackowi Antczakowi przeszkadzał w trakcie rozmowy jakiś chlupot, to - przyznaję pokornie - była to woda w moich butach. 

___________________


I takiego świętego od pomiarów ;-) spotkaliśmy wczoraj w Trzebnicy. Wybraliśmy się tam pierwszy raz zwiedzić miasto. I o ile o sarkofagu św. Jadwigi Śl., o trzebnickich kotach, stawach czy lesie bukowym można sobie wcześniej poczytać, o tyle o tej kapliczce (meteorologicznej) nigdzie wzmianki nie było. 






poniedziałek, 3 lipca 2017

rozkaz


Wąsaty pan w białym fartuchu, niosący tajemnicze pakunki spojrzał rano na mnie, wskazał palcem i rozkazał: - Uśmiech!
I nie wiem, czy to ten ton, komizm tej sytuacji, czy już sam pan (bo zdarzało mi się go widywać w innych strojach - zawsze oryginalnych - i z innymi pakunkami, zwykle licznymi) sprawił, że całą drogę przeszłam z uśmiechem. Szczerym. ;-) 

ostatnio czytane