środa, 8 lutego 2017

fAkty


Jest taki blog o książkach, na który lubię zaglądać (bo ładny, bo nieoczywisty, bo są tam książki, które mnie interesują, bo teksty nie są dłuższe niż książki, o których traktują i pewnie parę innych bo jeszcze by się znalazło) i który mi się nie znudził (w przeciwieństwie do większości blogów "książkowych", na które zdarzało mi się trafiać). Jeszcze pod koniec ubiegłego roku, co odkryłam na początku bieżącego, jego autorka zaproponowała mi - acz bez przymusu - zabawę pt. "10 faktów o sobie". A że Zaczytaną Owcę lubię i że wyznaczyła akurat mnie, to jednak jakoś zobowiązuje, nawet, jeśli równocześnie przeraża. Postanowiłam przełamać wewnętrzne opory i spróbować coś wystukać.
Pierwszym razem próbowałam napisać z rozpędu, jak to zwykle czynię. Nie wyszło. Kolejne razy miały być z doskoku - to, co akurat przyjdzie do głowy, zanotuję. Innym razem usiadłam do biurka wyposażona w kubek pełny gorącej kawy zbożowej na mleku i domowe sezamki (nazwa tyleż myląca co naprowadzająca, bo chodzi uprażone ziarna słonecznika, dyni i sezamu zalane na patelni miodem i wystudzone) i kawa wystygła, przekąskę zjadłam i nic. Pustka, pustynia, nic - że tak sobie powtórzę za tytułem spektaklu Wrocławskiego Teatru Pantomimy. Nijak mi się nie udało, bo też nic ciekawego o sobie nie potrafiłam z siebie wydobyć (myślę, że w tej sytuacji zdecydowanie łatwiej jest osobom prowadzącym blogi tematyczne, mój jest blogiem z potrzeby duszy, wiele w nim mnie; jak tu napisać o sobie coś, czego jeszcze nie było, skoro ten blog to ja ;-)). Ale, ale - skoro nie można napisać nic ciekawego, to może spisać to, co nieciekawe, nudne, banalne, wygrzebane z dawnych lat... Wszak idealni nie jesteśmy. Fakty kryją w sobie akty, więc się tu obnażę, akt odwagi bądź głupoty, dokumentalny akt sceniczny trafi do blogowych akt. 
Kolejność bardzo przypadkowa.

"Detektyw Monk" to serial, który darzę sympatią do dziś (#1). A skąd ten sentyment? Podobno niemowlęta i małe dzieci lubią spać. Podobno, bo moje nie lubiło i to nie lubiło bardzo; rano, wieczór, we dnie, w nocy chciało światem się zachwycać (a ja nie śmiałam burzyć tej naiwnej wiary w piękno i powody do zachwytów) i spać jeno kwadransami. Z zazdrością podpatrywałam na spacerach inne mamy, które mogły sobie poczytać, albo zwyczajnie nie robić nic, tylko posiedzieć na ławce w parku. Z niedowierzaniem słuchałam (nie)znajomych mówiących o przespanych nocach, o wolnym wieczorze od dziewiętnastej etc. Kiedy więc moje dziecię zasypiało po 22:30 (po to, by się i nas kilkanaście razy w nocy zbudzić) mój mózg było stać już jedynie na oglądanie "Detektywa Monka" - to była moja chwila relaksu w ciągu doby. To było coś, co  pozwalało mi odpocząć, co nawet mnie śmieszyło, ale najczęściej po prostu dobrze przy tym zasypiałam. Do dziś potrafię sobie czasem do prasowania (by zerkać jednym okiem, nic nie tracąc z treści) włączyć jakiś odcinek. ;-) 

Z niespania dziecka nauczyłam się zasypiać w kilkadziesiąt sekund (#2). Mój organizm dostosował się do sytuacji - wiedział, że albo zaśnie w minutę i prześpi dwadzieścia dziewięć kolejnych minut, albo nie wykorzysta tej szansy i pół nocy spać nie będzie. Zostało mi to dziś, potrafię szybko zasnąć, jeśli ktoś mi tej minuty zasypiania nie zburzy (potem już jest znacznie trudniej). Lepiej więc tego nie robić, bo fibula niewyspana to fibula zła (#3). ;-)

W podstawówce zasłuchiwałam się w Wilkach (& Gawlińskim) oraz w Aerosmith, potem dołączył G. Turanu (#4). Nie było łatwo, bo to były czasy mydełekfa. ;-) 

Poznałam wiele niezwykłych osób dzięki internetowi i blogowaniu (#5). Kilka znajomości (i małżeństwo) kontynuowanych jest poza blogiem (na różne sposoby: spotkania, listy elektroniczne i papierowe, zaskakiwajki...) i to jest naprawdę wspaniałe. 

Gotuję dobre zupy (#6). ;-) 

Mam klaustrofobię pośpiworową (#7). Byłam mała. Mama kupiła śpiwór - dziś to żadne wydarzenie, ale w w czasach mojego wczesnego dzieciństwa to było coś ;-). W ramach prezentacji śpiWora, gdy do niego weszłam, zostałam zasunięta  i z tym śpiworem (w tym worze) podniesiona do góry. Miałam wrażenie, że zaraz umrę i pamiętam to przeraźliwe uczucie do dziś.

W podstawówce, tuż przed zakończeniem roku szkolnego nie odbiłam kiedyś piłki (na pewno nie ten jeden raz), która (podobno z powodu mojego nieodbicia) stłukła okno w zerówce (#8). Wychowawca klasy (czytaj: nie zawsze trzeźwy pan w różowo-czarnych ortalionowych dresach) zagroził mi, że nie wyda mi świadectwa, jeśli mój tato tego okna nie wstawi. Brak świadectwa dla wzorowej uczennicy - ojoj! jakież to były czasy niemądre i przedinternetowe (dziś dziecko by się samo dowiedziało, że bezprawne takie groźby są). Pamiętam do dziś mój strach i poczucie krzywdy (przecież sama sobie tej piłki nie rzuciłam ;-)), taka szkolna trauma. 

Lubię kożuch mleczny (#9). :-D I nie rozumiem, czemu jest tak prześladowany i straszy się nim dzieci. No dobrze, z lubieniem to przesada, ale nie nie lubię. 

Chciałabym pomieszkać w Portugalii (#10). 




Zachęcam do napisania o sobie Tych, którym zdarza się tu zaglądać 
(jeśli się nie zgłosicie, wskażę imiennie/nickowo ;-)). 
Będzie mi miło dowiedzieć się o Was czegoś więcej. 


29 komentarzy:

  1. Drzemki 20 minutowe też trenowałam gdy moje dziecko było małe, a ile mi się zdążyło naśnić, hehehe.
    Kożucha z mleka nie cierpię, mam uraz z dzieciństwa, bo zmuszano mnie w szkole do picia mleka z kożuchem. Łooooo fuuuuj.
    Portugalia jest cudowna:) i miałam okazje tam pomieszkać 10 dni. Portugalczycy nigdzie się nie spieszą, wszędzie się spóźniają, a kiedy zapytasz o drogę skłonni są zboczyć ze swojego kursu, wziąć cię za rękę i zaprowadzić:) No i to słońce, ach:)))))

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie udało mi się wytrenować zasypiania w dzień, ale nocne drzemki się udawały.
      Gdy byłam w młodszym wieku szkolnym gotowano nam herbatę albo zbożówkę - przypomniałaś mi o tym, ale mleka nie dawano (nawet do tej zbożówki).
      Po Twoim portugalskim wspomnieniu, stwierdzam, że chcę tam (po)mieszkać jeszcze bardziej (choć spóźniać się nie lubię, ale może się nauczę ;-)).

      Usuń
    2. Ja się zastanawiałam co oni robią żeby na kogoś nie czekać? bo sama jestem punktualna, wydedukowałam, trzeba celowo wychodzić 20 minut później, można się nauczyć:)

      Usuń
    3. Aaaa i zrobione, o co prosiłaś :*

      Usuń
    4. Czyli da się to spóźnianie wytrenować. ;-)

      Usuń
  2. Dziś cały dzień sprawiasz mi radość. Wracam do domu - czeka już odebrana przez Ulubionego fibulowa radość. Przeglądam maile - dostaję wiadomość, że jednak. Idę przeczytać i jestem zachwycona tym co czytam. Nieoczywistość i nietuzinkowość! (:

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A to bardzo sympatyczne uczucie sprawić komuś - choćby małą - radość.
      Posplatały się nasze radości w te dni zupełnie niezamierzenie. :-)
      A dałam Ci znać na disqusie, że jednak się zmobilizowałam, bo tyle czasu minęło...

      Usuń
  3. Pamiętam Monka, jeszcze jak miałam TV, to chętnie oglądałam. Buziaku, jesteś piękną, wrażliwą istotą, tylko się w tym utwierdziałam, bo jest mi dane Cię znać osobiście. A pan wychowawca, to jak z 'Belfra' wuefista, nie ma zmiłuj. Dobrze, że jesteś, nawet z tym kożuchem mlecznym na czubku języka :* kisses

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. O, jak miło, że i Ty oglądałaś. :-)))
      Dzięki za uśmiechający miłosłów. :-)
      A za "Belfrem" muszę się rozejrzeć, bo nie znam.

      Usuń
    2. Jakub Żulczyk napisał scenariusz, ale nie sam, z koleżanką, a lubię Żulczyka, koleżanki nie znam. I gra Sthur, który w tej roli, według mnie, sprawdził się doskonale.

      Usuń
    3. Dzięki za wskazówki, bo ja w serialach słabo obeznana jestem.

      Usuń
    4. ja niby też, ale Belfra ktoś mi polecił i tak poszło, no i teraz jest jeszcze Tom Hardy z Taboo, kostiumowa intryga, a że z Hardym mam romans, to tkwię po uszy. Nie żeby mi się nie podobało, ale miłość, to klapki na oczach, więc biorę co mi daje :) To znaczy, ja nie mam czasu tego oglądać, więc kosztem snu. Śpię 4 godziny. To jest dopiero serial, życie widziane przez pryzmat szparek zamiast oczu.

      Usuń
    5. Muszę sobie spisać tytuły, bo czasem jest chwila, coś by się obejrzało, a nic nie przychodzi do głowy.
      Fajne z tymi klapkami - kiedyś obejrzałam "Chaplina" z RDJ i tak mnie ujął tą rolą, że potem wiele kolejnych filmów z nim oglądałam (nawet "Ironmana" :-D).

      Usuń
    6. Ależ ja lubię Ironmana, wszystkie marvelowskie twory, dzieciaka mam sobie i z synem biegam do kina :)

      Usuń
  4. Oaj, Fibulo, Twoje dziecko wzięło chyba przykład z mojego syna. Kiedy po swoich trzecich urodzinach przespał całą noc, a ja do niego nie biegłam w nocy ani razu, tylko też ja przespałam, rano z lękiem leciałam do jego łóżeczka, czy aby jeszcze żyje.
    Tylko ja nie wzięłam przykładu z Ciebie - to byłoby też nie możliwe z racji tzw. czasookresów występowania zjawiska :) - bo nigdy nie umiem zasnąć nawet w kilka(naście) minut, a co dopiero sekund.

    Kwa, kwa :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Cha, cha. Miałam identycznie: jak się zdarzało, że w dzień spała dłużej niż 30 minut, to też sprawdzałam, czy wszystko OK. :-D
      Kwa, kwa.


      Usuń
  5. Klaustrofobia pośpiworowa :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To rodzaj jeszcze nieopisany w książkach. ;-)

      Usuń
  6. Jakieś czary-mary ..mi ostatnio wyskakuje - co sie wezmę za komentarz - to cosik przeszkodzi lub kliknę z rozpędu nie ten przycisk i wszystko znika ( tak jak przed chwilą ) lub nie ogarniam czasowo dnia ( także i w tej chwili ) ...ja chcę do Portugalii - to jest raj dla mnie :) Chciałam napisać kraj ale podświadomość wie lepiej i wyszedł raj :) Choćbym nie wiem jak się starała , 95% szansy na spóźnienie :)
    Pozdrawiam z uśmiechem ....klik ...:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie wiem, skąd te komentatorskie psikusy - ja zawsze chętnie przygarniam Twoje słowa. :-) Ale może bez nich byłby tylko "kraj", a powstał jednak "raj" i już poluźniły się wodze marzeń.

      Usuń
    2. Raj jest znacznie przyjemniejszym słowem niż kraj - choć może też oznaczać kraj czyli taki raj utracony...:))) takie skojarzenie :)
      Ostatecznie wolę jeden wielki raj :)))

      Usuń
    3. Na sKraju raju... :-)
      Pewnie też dlatego, że "kraj" jest bardziej zdefiniowany, domknięty znaczeniowo, a "raj" dla każdego może znaczyć co innego.

      Usuń
  7. :))) O widzisz tak się śpieszyłam, że zapomniałam dopisać ( a było to w pierwszej wersji która poszła w eter ) że przeczytałam z wielką przyjemnością i zainteresowaniem fakty z życia Fibuli :))) I za tą możliwość pięknie dziękuję :)
    ( w tym momencie dla pewności kopiuję tekst i spokojna piszę dalej :)) )

    ps. doczytałam także końcową zachętę , którą postaram się w najbliższym czasie w przypływie Weny zwanej również Impulsem spełnić :)

    Dobrze, teraz klikam i tym samym neutralizuję "psikusa komentatorskiego"...


    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. O, jak się cieszę, jak się cieszę!!!! Naprawdę! I czekam niecierpliwie. Wenuj, imPulsuj i podziel się tym, czego na blogu dotąd nie było, a co jest częścią Ciebie.

      Usuń

{Czy to takie ważne o czym? Sama rozmowa jest wystarczającym powodem, aby chcieć porozmawiać.}
/Wiesław Myśliwski/