wtorek, 28 lutego 2017

pień i rdza


Dziwne rzeczy dzieją się wokół i niewiele dobrego. Blogger świruje, chrome oświadczył, że nie będzie się aktualizował na moim poczciwym kompusiu (pewnie dlatego blogger świruje). Mój teatr najbliższy i niegdyś lubiany w rozsypce (tak kończy się piąty miesiąc urzędowania nowego dyrektora) - mam voucher, a od kilku miesięcy nie mogę go wykorzystać, bo zwyczajnie nie ma na co pójść*. Nie do wiary: niemanaco! W TYM teatrze, który jeszcze chwilę temu gościł na kilku kontynentach ze swoimi spektaklami. A teraz - trzy sceny i tylko gościnne występy lub quasipremiery (grane już gdzieś-kiedyś, ale jeszcze nie tu, czyli... gościnne występy). Co tam zobaczyłam (kilkanaście spektakli i kilka czytań), to moje (choć liczyłam na co najmniej drugie tyle). Wycinka ze sceny przeniosła się do rzeczywistości - i metaforycznie (w teatrze), i dosłownie (nie tylko w teatrze) zostają pnie. Na nic zebrane wcześniej pienia i nagrody. Miast dbać, podlewać, flancować, sadzić... wszystko wycięte w pień, każdy ma z kimś na pieńku, a na widzów wióry lecą i smog okala. Za przyzwoleniem miasta, regionu, kraju i ludzi bez kultury. Pieńkowisko - ładne słowo, brzydkie znaczenie. Ale nie ma co się pienić, pieniądz rządził zawsze, nic nowego. Gwoli jasności - mnie jest wszystko jedno, kto jest nadleśniczym, kto gajowym (nie mam upodobań personalnych, ale znać się na danej dziedzinie i szanować ludzi powinien!), byle wszyscy nie byli możnowładczymi drwalami.

Tak to już bywa, jedni niszczą, ale są tacy, którzy potrafią wykorzystać to, co zniszczone. Jest chociażby Denice Bizot, która zardzewiałej łopacie potrafi dać drugie "życie". Czy ciekawsze niż pierwsze, tego nie wiem, ale piękne.















*Nie da się do T[pl, to dziś idziemy na dyplomowy "Szantaż" do Teatru PWST.

A w marcu na "Umwukę" do TM Capitol. :-)



niedziela, 26 lutego 2017

niedzielne kąski


Niedzielne późne, pyyyyszne śniadanie było (moja wersja nieco inna niż na filmiku, mianowicie: starty batat z solą, pieprzem, oliwą podpieczony przez kwadrans w 200ͦ C, w kolejnej warstwie jajko, następnie szpinak z czosnkiem i pieprzem cytrynowym oraz cukinia skropiona sosem sojowym, na wierzch cheddar i kolejny kwadrans w tej samej temperaturze). Mniam, mniam. 


Wspaniała (ach! ach!) książka jest. 
Zaczyna się tak: 
"Była to najlepsza i najgorsza z epok, wiek rozumu i wiek szaleństwa, czas wiary i czas zwątpienia, okres światła i okres mroków wiosna pięknych nadziei i zima rozpaczy. Wszystko było przed nami i nic nie mieliśmy przed sobą."
A dalej:  
ostre gilotyny i wyrafinowane pogawędki,
zmiażdżone kołami powozów dziecko i czterech służących do wypicia czekolady,
głód wytłoczony na twarzach i przepych ściekający po brodach...



I niech sobie leje, wieje. W sumie mi to dzisiaj nie przeszkadza.
Ale pogodne jutro już by się przydało. :-)


środa, 22 lutego 2017

filmownik


Jaki to jest dooooooobry film!
Błyskotliwy.
Zmyślny.
Prawdziwy.


Byliśmy dziś popołudniową porą w kinie. Film grany drugi miesiąc i niemal pełna sala. 
Na widowni śmiech do łez, choć bohaterom nie było do śmiechu - taki trik. 
Być może gorycz serwowana podczas kolacji grona przyjaciół byłaby ciężkostrawna 
bez uśmiechu, który zapewniły świetnie doprawione dialogi. 

"Dobrze się kłamie w miłym towarzystwie" 
reż. P. Genovese
_______________

W ubiegłym tygodniu wygrałam bilety na film "PolandJa" (reż. C.T. Olencki). 
I miło spędziliśmy sobotnie południe, bo to film zabawny i jakąś refleksję za sobą ciągnie (może chwilami zbyt dosłowną), i zagrany twarzami (wszak to Polaków portret własny)
Ale to jednak nie to, co dzisiaj... 
_______________

A że planowany na ferie wyjazd nagłe choróbsko skutecznie wstrzymało, trzeba było po ponad tygodniowym przymusowym włóżkuleżeniu zastosować choć doraźne umilacze. Zatem wczoraj z Córą do kina na film "Za niebieskimi drzwiami", a dziś na "Balerinę" się wybrałam. I o ile zwykle na filmach dla dzieci nudzę się niemiłosiernie, wiercę się w fotelu dumając, ile to można w tym czasie stron książki przeczytać (na przykład), o tyle tu całkiem znośnie było i nawet trochę bałam ;-) (wczoraj) i śmiałam (dzisiaj).
I tak to bywam - raz na rok w kinie albo cztery razy w tygodniu. ;-)




środa, 8 lutego 2017

fAkty


Jest taki blog o książkach, na który lubię zaglądać (bo ładny, bo nieoczywisty, bo są tam książki, które mnie interesują, bo teksty nie są dłuższe niż książki, o których traktują i pewnie parę innych bo jeszcze by się znalazło) i który mi się nie znudził (w przeciwieństwie do większości blogów "książkowych", na które zdarzało mi się trafiać). Jeszcze pod koniec ubiegłego roku, co odkryłam na początku bieżącego, jego autorka zaproponowała mi - acz bez przymusu - zabawę pt. "10 faktów o sobie". A że Zaczytaną Owcę lubię i że wyznaczyła akurat mnie, to jednak jakoś zobowiązuje, nawet, jeśli równocześnie przeraża. Postanowiłam przełamać wewnętrzne opory i spróbować coś wystukać.
Pierwszym razem próbowałam napisać z rozpędu, jak to zwykle czynię. Nie wyszło. Kolejne razy miały być z doskoku - to, co akurat przyjdzie do głowy, zanotuję. Innym razem usiadłam do biurka wyposażona w kubek pełny gorącej kawy zbożowej na mleku i domowe sezamki (nazwa tyleż myląca co naprowadzająca, bo chodzi uprażone ziarna słonecznika, dyni i sezamu zalane na patelni miodem i wystudzone) i kawa wystygła, przekąskę zjadłam i nic. Pustka, pustynia, nic - że tak sobie powtórzę za tytułem spektaklu Wrocławskiego Teatru Pantomimy. Nijak mi się nie udało, bo też nic ciekawego o sobie nie potrafiłam z siebie wydobyć (myślę, że w tej sytuacji zdecydowanie łatwiej jest osobom prowadzącym blogi tematyczne, mój jest blogiem z potrzeby duszy, wiele w nim mnie; jak tu napisać o sobie coś, czego jeszcze nie było, skoro ten blog to ja ;-)). Ale, ale - skoro nie można napisać nic ciekawego, to może spisać to, co nieciekawe, nudne, banalne, wygrzebane z dawnych lat... Wszak idealni nie jesteśmy. Fakty kryją w sobie akty, więc się tu obnażę, akt odwagi bądź głupoty, dokumentalny akt sceniczny trafi do blogowych akt. 
Kolejność bardzo przypadkowa.

"Detektyw Monk" to serial, który darzę sympatią do dziś (#1). A skąd ten sentyment? Podobno niemowlęta i małe dzieci lubią spać. Podobno, bo moje nie lubiło i to nie lubiło bardzo; rano, wieczór, we dnie, w nocy chciało światem się zachwycać (a ja nie śmiałam burzyć tej naiwnej wiary w piękno i powody do zachwytów) i spać jeno kwadransami. Z zazdrością podpatrywałam na spacerach inne mamy, które mogły sobie poczytać, albo zwyczajnie nie robić nic, tylko posiedzieć na ławce w parku. Z niedowierzaniem słuchałam (nie)znajomych mówiących o przespanych nocach, o wolnym wieczorze od dziewiętnastej etc. Kiedy więc moje dziecię zasypiało po 22:30 (po to, by się i nas kilkanaście razy w nocy zbudzić) mój mózg było stać już jedynie na oglądanie "Detektywa Monka" - to była moja chwila relaksu w ciągu doby. To było coś, co  pozwalało mi odpocząć, co nawet mnie śmieszyło, ale najczęściej po prostu dobrze przy tym zasypiałam. Do dziś potrafię sobie czasem do prasowania (by zerkać jednym okiem, nic nie tracąc z treści) włączyć jakiś odcinek. ;-) 

Z niespania dziecka nauczyłam się zasypiać w kilkadziesiąt sekund (#2). Mój organizm dostosował się do sytuacji - wiedział, że albo zaśnie w minutę i prześpi dwadzieścia dziewięć kolejnych minut, albo nie wykorzysta tej szansy i pół nocy spać nie będzie. Zostało mi to dziś, potrafię szybko zasnąć, jeśli ktoś mi tej minuty zasypiania nie zburzy (potem już jest znacznie trudniej). Lepiej więc tego nie robić, bo fibula niewyspana to fibula zła (#3). ;-)

W podstawówce zasłuchiwałam się w Wilkach (& Gawlińskim) oraz w Aerosmith, potem dołączył G. Turanu (#4). Nie było łatwo, bo to były czasy mydełekfa. ;-) 

Poznałam wiele niezwykłych osób dzięki internetowi i blogowaniu (#5). Kilka znajomości (i małżeństwo) kontynuowanych jest poza blogiem (na różne sposoby: spotkania, listy elektroniczne i papierowe, zaskakiwajki...) i to jest naprawdę wspaniałe. 

Gotuję dobre zupy (#6). ;-) 

Mam klaustrofobię pośpiworową (#7). Byłam mała. Mama kupiła śpiwór - dziś to żadne wydarzenie, ale w w czasach mojego wczesnego dzieciństwa to było coś ;-). W ramach prezentacji śpiWora, gdy do niego weszłam, zostałam zasunięta  i z tym śpiworem (w tym worze) podniesiona do góry. Miałam wrażenie, że zaraz umrę i pamiętam to przeraźliwe uczucie do dziś.

W podstawówce, tuż przed zakończeniem roku szkolnego nie odbiłam kiedyś piłki (na pewno nie ten jeden raz), która (podobno z powodu mojego nieodbicia) stłukła okno w zerówce (#8). Wychowawca klasy (czytaj: nie zawsze trzeźwy pan w różowo-czarnych ortalionowych dresach) zagroził mi, że nie wyda mi świadectwa, jeśli mój tato tego okna nie wstawi. Brak świadectwa dla wzorowej uczennicy - ojoj! jakież to były czasy niemądre i przedinternetowe (dziś dziecko by się samo dowiedziało, że bezprawne takie groźby są). Pamiętam do dziś mój strach i poczucie krzywdy (przecież sama sobie tej piłki nie rzuciłam ;-)), taka szkolna trauma. 

Lubię kożuch mleczny (#9). :-D I nie rozumiem, czemu jest tak prześladowany i straszy się nim dzieci. No dobrze, z lubieniem to przesada, ale nie nie lubię. 

Chciałabym pomieszkać w Portugalii (#10). 




Zachęcam do napisania o sobie Tych, którym zdarza się tu zaglądać 
(jeśli się nie zgłosicie, wskażę imiennie/nickowo ;-)). 
Będzie mi miło dowiedzieć się o Was czegoś więcej. 


ostatnio czytane