piątek, 28 października 2016

Było sobie życie...


Wspominałam ostatnio o "Śladach" J. Małeckiego. Wchłonęły mnie od pierwszego zdania (to jest to, co lubię!), czytałam je niespiesznie, trochę nie chcąc skończyć i do dziś mi się to udawało. A główny temat tych dziewiętnastu opowiadań? Cóż, śmierć. Ale i życie, zwyczajne i właśnie dlatego niezwykłe. 
Zaduszki - taki czas, że i o śmierci częściej się pisze, czyta, słyszy... Ale nie dlatego teraz wątek umierania tykam, ani nie dlatego teraz ta książka (tylko dlatego, że "Dygot" nieźle mnie rozdygotał). Przyczyną jest środowy zgon na chodniku, (za) blisko kuchennego okna. Nie widziałam momentu śmierci, nie wiem nawet, co się stało, nie znam płci ani wieku osoby zmarłej pod kasztanowcem; widziałam tylko karetkę, policję, zebrany tłumek ludzi, a później już tylko leżące w worku ciało. Nieme. Nikt mi nie opowiedział jego historii - tego, jak się zmieniało przez lata, gdzie bolało, kogo w sobie nosiło. Kim ten ktoś był, o czym rozmyślał, kogo krzywdził, co dobrego (u)czynił, komu (i czy w ogóle komuś) jego śmierć przenicuje świat. Odjechała policja, odjechała karetka, zostało ciało. W tym czasie zdążyłam wyjść z domu (wcale nie na krótko). I wrócić. A ono wciąż leżało. Czekało na biuro podróży na drugą stronę. Ciału, prawdopodobnie, już było obojętne, gdzie sobie leży i ile czasu, więc leżało tam, gdzie padło: na asfaltowym trotuarze przez ponad dwie godziny. Mijane przez zakłopotanych przechodniów (bo jak się zachować: patrzeć czy nie patrzeć, widzieć, czy udawać, że się nie widzi, pochylić się czy przejść obojętnie, zerkać ukradkiem czy zatrzymać się i zapytać, co się stało...). Ciało nie było samo, miało stróża (stróżę?) - była przy nim pani, która też nie wiedziała, co ma przez te ponad dwie godziny robić, więc kucała przy ciele w worku, wstawała, chodziła po dwa kroki wte i wewte, rozglądała się bezradnie, niekiedy zaczepiana, częściej mijana jak kałuża. Może była krewną, może znajomą, która zgodziła się czuwać do przyjazdu transportu, tyle że sytuacja czuwaniu nie sprzyjała. I ja wszystko rozumiem - z całą pewnością to nie jedyna śmierć tego dnia w okolicy, pewnie były inne wypadki, są ważniejsze sprawy, trzeba pomóc żyjącym etc. Ale to ciało było człowiekiem, już choćby z tego względu jakiś szacunek mu się należy. I nie powinno tyle czasu leżeć na chodniku jak jakiś śmieć (w samym centrum miasta, gdy tuż obok zakład pogrzebowy, a niewiele dalej USC, więc też kilka innych zakładów pogrzebowych, gdzie do prokuratury i do KWP jeszcze bliżej niż do USC - przyznam, że nie wiem, czy w takiej sytuacji ciało zabiera zakład pogrzebowy czy zakład medycyny sądowej). A może się mylę i od dwóch dni niepotrzebnie o tym rozmyślam? Wszak, co komu po ciele, które już tylko windą do ziemi może być zabrane albo w proch obrócone. 
Było sobie życie... 
"Świat kończy się, a potem pędzi dalej" - to ostatnie zdanie wymienionej wyżej książki. 
Idę i ja, robić kotlety z soi i cukinii. 


_________________________


[David Altmejd @daltmejd]

sobota, 22 października 2016

pytanie g(o)łębi



Z biblioteki - ku mojej uciesze - przybywali ostatnio:  
Obioma Chigozie i jego "Rybacy",
Maja Lunde z "Historią pszczół",
Kevin Powers wraz z "Żółtymi ptakami",
ale "Ślady" zostawił Jakub Małecki (to jest właśnie taka książka, po której trudno mi sięgnąć po coś innego, bo długo wibruje w myślach). 

A Ty co czytasz? :-)

[Wypożyczone stąd; niestety, nie wiem, kto jest autorem tego świetnego zdjęcia.]



sobota, 15 października 2016

Z ciarkowni


Wczoraj "Artyści" przypomnieli mi ten cudny utwór. Nie można pozostać obojętnym słuchając; przenika do głębi.