piątek, 8 lipca 2016

{Każde zdarzenie, nawet najmniejsze, pozostaje w intymnym i rozumnym związku z innymi.} Mark Helprin




W zamierzchłych czasach, w miejscowości, z której pochodzę była biblioteka, z całkiem niezłym księgozbiorem. Pracował w niej mój wujek ("wujek" to pojemne słowo, w tym przypadku znaczy: mąż siostry mojej babci). Witał wchodzących słowami "moje uszanowanie", na dziękuję, odpowiadał: "cała przyjemność po mojej stronie" (tego akurat nie rozumiałam: czemu ktoś chce zawłaszczyć sobie całą przyjemność, która i mnie się należy ;-)) etc. Lubiłam tam chodzić i pomagać szarym (czemu mówi się "szarym" skoro on był raczej beżowy?) papierem opatulać książkowe okładki (zostało mi to do dziś; ponieważ książki często noszę w torbie, przywdziewam je w szatki ochronne, także książki biblioteczne, co pewnie jest niezłym odchyłem). Lubiłam wypożyczać i czytać książki (też mi zostało do dziś ;-)). Ale nie tylko ja lubiłam tam chodzić i nie tylko po książki. Było to miejsce otwarte trzy dni w tygodniu; po lekcjach szliśmy tam całą zgrają, by z zachwytem a czasem niezrozumieniem przejrzeć "Przekrojowe" rozmaitości oraz by poczytać humor z ostatniej strony "Kobiety i Życia" (nie żeby to jakieś szczególnie interesujące, czy śmieszne było, ale rytuały rytmizują życie) czy przekartkować inne gazety w kąciku czytelnianym. Co pewien czas niemal wszystkie dzieci i młodzież brały udział w konkursach czytelniczo-plastycznych (do dziś pamiętam niektóre moje nagrody). Może dlatego, że trudniej było o różne drobiazgi, może dlatego, że nie było zbyt wielu rozrywek, ale komuś się jednak chciało przeczytać i narysować (a nie można było narysować cokolwiek, gdyż trzeba było uzasadnić swoją interpretację). Nie ma biblioteki, nie ma wujka (chronologicznie) już od wielu lat. Nie ma już biblioteki szkolnej, nie ma nawet szkoły. Jest samoobsługowy sklep. Jest siłownia. 


Skoro już jakieś sentymentalne wątki mi się nasunęły, to aż dziw, że dotychczas nie pojawiły się tu "Czarne słowa". Od kiedy pierwszy raz obejrzałam koncert "Farat", wysłuchałam tej piosenki z tysiąc razy i zawsze z niezmiennym zachwytem.


______________

Początek lipca rocznicowy. Nie wszystkie oczywiste, niektóre pozornie nie są najweselsze (bo choć sam dzień sprzed dekady był wówczas najtrudniejszym w moim życiu, to bez niego byłoby tylko wielkie NIC). I czternaście lat minęło jak... czternaście lat; może nie łatwych, ale dobrych. :-)
Jest tyle powodów do wdzięczności!

Za ilustrację D. Huynh dziękuję Sunrise. :-)




ostatnio czytane