wtorek, 26 stycznia 2016

notatnik

Ostatnio śmierć Bogusława Kaczyńskiego uświadomiła mi, że to był człowiek, który zetknął mnie z muzyką poważną. Zatem sporo Mu zawdzięczam. 
Aż trudno uwierzyć, że w niedzielne dni balet i operę emitowała stacja, która teraz odstrasza czymś, co się szumnie zowie kabaretem. 




Znakomita rola Krzystofa Stroińskiego w "Lęku wysokości" w reż. B. Konopki. 
I "Artysta" M. Hazanaviciusa - film inny niż wszystkie. Przypomniał mi, jak wiele można "powiedzieć" bez słów.

Z literatury: jeżozwierz mi się zwierzał ostatnio (za sprawą A. Mabanckou). A dziś przybył ze mną do domu dygoczący Jakub Małecki. I Wit Szostak skryty za "Fugą". 

Poczta Polska wykończy mnie psychicznie - przesyłki szybciej by trafiły do adresatów, gdyby poszły pieszo. Nawet, gdyby czekały na wyrośnięcie nóg.

Córa oglądała wczoraj film, w którym padły słowa o "dwudziestu sekundach odwagi". Prasowałam w tym czasie, ale co trzeba i do mnie dotarło. Wykorzystałam te sekundy i w przypływie brawury zapisałam się na lekcje japońskiego (podstawy podstaw, rzecz jasna).

Ratuniu (jak wołało moje dziecię jakieś 8 lat temu), niech ktoś odsłoni słońce!






czwartek, 14 stycznia 2016

sto stron

Zabawna, a jednak smutna to książka.
Jej bohater jednocześnie śmieszy, irytuje, budzi politowanie... 
"Sto dni bez słońca" Wita Szostaka czytam sobie (to tu, to tam; pasSusami). Dobre na styczniowe chmurności i popadywania; do tego stopnia, że przed chwilą niebo się z lekka zaniebieściło. :-)

poniedziałek, 11 stycznia 2016

11 stycznia


11 stycznia 1940 roku w Siedlcach było -41 stopni Celsjusza, więc na rozgrzewkę (ja przymarzam na samą myśl o takiej temperaturze) i z okazji Dnia Wegetarian taka zupa błyskawiczna dziś powstała. 
Czerwoną soczewicę (może być też żółta), przeduszony ząbek czosnku i pokrojoną drobno szalotkę zalałam wodą, żadna marchewka się w lodówce nie zabłąkała, więc sypnęłam susz warzywny, sól, pieprz, curry, tymianek, chlupnęłam nieco oliwy i pogotowałam dosłownie kilka minut (akurat tyle, by rozwiesić pranie ;-)). Następnie zmiksowałam puszkę pomidorów z odrobiną sosu sojowego i do garnka. Jak pomidory, to mielony kminek, cynamon i cukru szczyptę. Jeszcze chwilka gotowania (tak, by soczewicy nie przekształcić w jej maziowatą mość), natka pietruszki i do miseczek. Dodałam odrobinę słodkiej śmietanki, posypałam prażonym ziarnami i mniam. Ciepłe danie w 20 minut. 
Oczywiście, zupa została przygotowana z potrzeby nakarmienia i zjedzenia, a o tej najniższej temperaturze odnotowanej w Polsce i Dniu Wegetarian, dowiedziałam się przed chwilą. 

_____________________________

A co przez te jedenaście dni roku bieżącego się wyDarzyło? Coś się czytało, a konkretniej: "Czarną skrzynkę" Amosa Oza i "Matki" Pav(o)la Rankova. Coś się widziało, między innymi miniwystawę obrazów M.L. Willmanna w Pawilonie Czterech Kopuł (oto on - pawilon, nie Willmann - niedawno i dziś). Gdzieś się było, mianowcie na dwóch teatralnych czytaniach: "Oni" Witkacego i "W Republice Szczęścia" Crimpa. Coś się oglądało, na przykład "Wiernego ogrodnika" i przy okazji odświeżyło się poniższe dźwięki. Poza tym od początku roku jest śnieg , rządzi chłód, kilka razy wyjrzało słońce. 







poniedziałek, 4 stycznia 2016

irrrytacja


Sąsiadka mieszkająca nad nami, z uporem maniaczki wylewa coś na balkon i leci to nam tuż przed oknem i przed oczami (gdyby się mocniej przez okno wychylić, można by łapać w cebrzyk). W dzień, w nocy, latem, zimą, wiosną, jesienią, przedwiośniem, przedzimiem... Z początku myśleliśmy, iż kwiatkom tak obficie pić daje, ale na jedną doniczkę wiadro wody, to nawet podczas upałów znaczna przesada, tym bardziej kilka razy dziennie i nocnie [sic!]. Później dumaliśmy, iż zapewne balkon myje i tak wodą chlusta (ja balkonu nie mam, ale chyba nawet gdybym miała i się nudziła, nie myłabym go kilka razy dziennie, i nocnie). Bo zaakceptowaliśmy, że wymiata wszystko poza balkon i sypie się to niżej (wiadomo, śniegu do domu zabierać nie będzie, płatki kwiecia ziemia przyjmie, wszystko, co spadnie przy okazji też w niej lub na niej zostanie), ale te wylewajki jednak irytują. Początkowo myśleliśmy, iż przewrażliwieni jesteśmy, ale każdy, kto u nas trafi na tę sytuację (a z racji dużej częstotliwości nietrudno się natknąć), od razu zauważa i nawet, jeśli nie się nie odezwie, to patrzy dopytującym wzrokiem. Może nawet by to tak nie przeszkadzało, gdyby tylko wylewała, wymiatała, ale ona przy tym tak zawzięcie łomocze w pręty od balkonowego ogrodzenia, że choćby okna pozamykać, uszy zatkać, przejść do przeciwległej kuchni, to i tak słychać. Aż trudno uwierzyć, że tyle hałasu może zdziałać kij od szczotki czy mopa. Zaczęły więc się rodzić złośliwe pomysły, że dawniej ludzie do wiaderka za potrzebą, a potem chlust, ale zwykle w zaułek jakiś a nie komuś przed nosem. Zaczynam już nawet przypuszczać, że rozpuściła w czymś męża i pozbywa się dowodów ;-) (wiem, równie idiotyczne co okrutne z mojej strony, ale od pewnego czasu nie widać nigdzie tego pana). Próbowaliśmy zignorować, udawać, że tego nie słychać (no bo jak to, taki drobiazg a do szału ma doprowadzać? nie!), ale to łomotanie w pręty w nocy naprawdę wkurzające jest! 
No to sobie ponarzekałam i wcale mi nie lżej. Ale co, mam przy okazji kolejnego dzieńdobry zatrzymać starszą panią, która absolutnie niczym innym nie wadzi i powiedzieć, żeby przestała stukać i wylewać? Przecież stuka i wylewa na swoim balkonie. No nie potrafię. 

_______________________


Ale żeby nie było tylko gderliwie, to ostatnio, dzięki zasobom mediateki, odkrywamy reżyserską twórczość Michaela Hanekego ("Miłość", "Biała wstążka", "Ukryte") i Dennisa Villeneuve'a ("Pogorzelisko", "Labirynt"). Jedne wspaniałe, inne bardzo dobre, wszystkie warte obejrzenia. 

_______________________