sobota, 24 grudnia 2016

Pieśń wigilijna




{Daj nam więcej siły, więcej siły więc daj.

Uczyń w naszym sercu maj, zielony gaj.


Niech nas nie poszarza trudów codzienny trans.


Niech się czasem zdarzy nam tych kilka szans.}


M. Grechuta

niedziela, 11 grudnia 2016

truchlenie


Małosenna noc przydała się do przeczytania "Odwrotniaka". I było warto (przeczytać, a nie uprawiać insomnię), by poczuć się jak baba z kijkami i by na moment zapomnieć o własnych strapieniach, przywłaszczając sobie czyjeś obsesje.  
Niemyślenie o kolosalnym problemie nie zmniejsza jego kolosalności. A szkoda, bo po wielu treningach już udaje mi się nie myśleć. Przez chwilę.
Usprawiedliwianie kogoś, kto wyrugował kawał mojego i okolicznego świata nie przynosi nic dobrego, w każdym razie, nie mi. Zaprzestaję. Próbuję. 
Zastanawianie się, czy dało(by) się zapobiec tej sytuacji i jej dotkliwym nie tylko dla mnie konsekwencjom, świetnie harata psychikę. 
Rozważanie, jak naprawić coś, w co się zostało bez własnej wiedzy i wbrew woli uwikłaną, skutecznie odbiera chęci do wszystkiego. Są sytuacje bez (dobrego) wyjścia. Niedolo moja, hej! 

____________________



wtorek, 6 grudnia 2016

wariacje ogryzkowe


Nie wystarcza małych radości. Nie że ich nie ma, są: te znajdowane i te znajdujące, bierne i czynne. Ale już za mało, by w ogryzku widzieć sowę (na przykład). Do tego resztka jabłka nie moja, a ptak jeno tej resztki cieniem.


I podobno "walka z tym, co nieuniknione boli bardziej niż cokolwiek innego"*. To nie walczyć? To udawać? To uciekać? To? Międlić? Poddać (się)? I cóż o nieuniknioności świadczy? Jak jej nie pomylić z innymi niezależnościami (od nas)? Hmm? 
Są wybory niewybieralne, są konsekwencje niekonsekwentne i jest nielogiczna logika. I jeszcze wiele innych nieoczywistości jest. 



____________________________________
*"Piękno to bolesna rana" Eka Kurniawan
w przekładzie Jędrzeja Polaka



czwartek, 17 listopada 2016

Scruton, Bizet, Chaczaturian


{ Życie ludzkie toczy się na cienkiej skorupie normalności, wzajemny szacunek pozwala zachować przyjazną równowagę między ludźmi. Pod tą cienką skorupą kipi ciemne morze instynktów, przez większość czasu milczących, ale niekiedy eksplodujących gejzerem przemocy. W górze unosi się świetliste powietrze myśli i wyobraźni i wypełniamy tę atmosferę naszym współczuciem i wizjami ludzkich wartości. Kultura jest zbiorową praktyką, która odnawia te wizje i rozciąga współczucie na wszystkie zakątki świata. Jest ciągłym zapisem życia emocjonalnego, który dla każdego pokolenia ma przykłady, obrazy i słowa uczące ludzi, co mają czuć. Kiedy jednak nastąpi wspomniana eksplozja, kultura nie potrafi poskromić przemocy. Bezsilna jest też religia i zwykła moralność. Dobrzy ludzie, wykształceni czy niewykształceni, esteci czy filistrzy, będą dążyli do zaprowadzenia ładu i przyzwoitości pośród chaosu, ale źli ludzie zawsze będą stawiali im opór, a w najgorszych chwilach konfliktu międzyludzkiego źli zwyciężają. Niektórzy z tych złych ludzi będą wykształceni, niektórzy będą religijni, wszyscy będą nastawieni na destrukcję, sięgając po swoją wiarę lub edukację tylko jako źródło usprawiedliwień, a nie po to, by przestać siać przemoc. Żadna instytucja, żadna doktryna, żadna sztuka stworzona przez ludzi nie umiała zapobiec bestialstwom, do których dochodzi po pęknięciu skorupy normalnego życia. Dlaczego tak się dzieje, to pytanie do antropologa i genetyka, ale udowodniono ponad wszelką wątpliwość, że tak właśnie jest. }

[Roger Scruton "Kultura jest ważna. Wiara i uczucie w osaczonym świecie"]
_____

Ponieważ na listopadowe szarugi najlepsza jest muzyka (i jeszcze gorący, bardzo mocny earl grey w zestawie z książką i pledem, i niespodzianki w skrzynce pocztowej, i frytki z batatów, i rozmowa lub żarty z bliskimi, i pomelo, i płomyk świeczki, i niespodziewany mejlik, i spodziewane mejliki - z jednego z nich pochodzi powyższy cytat, i miłe spotkanie, nawet jeśli krótkie, i garść oliwek w ziołach prowansalskich, i...), to farandola! Znana, osłuchana a i tak działa. ;-)



I również niezawodny Aram. 

_____

Beata opisała historię swojej babci i chciałaby wydać książkę. Może zagląda tu ktoś, kto chciałby Jej w tym pomóc. :-)


piątek, 28 października 2016

Było sobie życie...



Wspominałam ostatnio o "Śladach" J. Małeckiego. Wchłonęły mnie od pierwszego zdania (to jest to, co lubię!), czytałam je niespiesznie, trochę nie chcąc skończyć i do dziś mi się to udawało. A główny temat tych dziewiętnastu opowiadań? Cóż, śmierć. Ale i życie, zwyczajne i właśnie dlatego niezwykłe.
Zaduszki - taki czas, że i o śmierci częściej się pisze, czyta, słyszy... Ale nie dlatego teraz wątek umierania tykam, ani nie dlatego teraz ta książka (tylko dlatego, że "Dygot" nieźle mnie rozdygotał). Przyczyną jest środowy zgon na chodniku, (za) blisko kuchennego okna. Nie widziałam momentu śmierci, nie wiem nawet, co się stało, nie znam płci ani wieku osoby zmarłej pod kasztanowcem; widziałam tylko karetkę, policję, zebrany tłumek ludzi, a później już tylko leżące w worku ciało. Nieme. Nikt mi nie opowiedział jego historii - tego, jak się zmieniało przez lata, gdzie bolało, kogo w sobie nosiło. Kim ten ktoś był, o czym rozmyślał, kogo krzywdził, co dobrego (u)czynił, komu (i czy w ogóle komuś) jego śmierć przenicuje świat. Odjechała policja, odjechała karetka, zostało ciało. W tym czasie zdążyłam wyjść z domu (wcale nie na krótko). I wrócić. A ono wciąż leżało. Czekało na biuro podróży na drugą stronę. Ciału, prawdopodobnie, już było obojętne, gdzie sobie leży i ile czasu, więc leżało tam, gdzie padło: na asfaltowym trotuarze przez ponad dwie godziny. Mijane przez zakłopotanych przechodniów (bo jak się zachować: patrzeć czy nie patrzeć, widzieć, czy udawać, że się nie widzi, pochylić się czy przejść obojętnie, zerkać ukradkiem czy zatrzymać się i zapytać, co się stało...). Ciało nie było samo, miało stróża (stróżę?) - była przy nim pani, która też nie wiedziała, co ma przez te ponad dwie godziny robić, więc kucała przy ciele w worku, wstawała, chodziła po dwa kroki wte i wewte, rozglądała się bezradnie, niekiedy zaczepiana, częściej mijana jak kałuża. Może była krewną, może znajomą, która zgodziła się czuwać do przyjazdu transportu, tyle że sytuacja czuwaniu nie sprzyjała. I ja wszystko rozumiem - z całą pewnością to nie jedyna śmierć tego dnia w okolicy, pewnie były inne wypadki, są ważniejsze sprawy, trzeba pomóc żyjącym etc. Ale to ciało było człowiekiem, już choćby z tego względu jakiś szacunek mu się należy. I nie powinno tyle czasu leżeć na chodniku jak jakiś śmieć (w samym centrum miasta, gdy tuż obok zakład pogrzebowy, a niewiele dalej USC, więc też kilka innych zakładów pogrzebowych, gdzie do prokuratury i do KWP jeszcze bliżej niż do USC - przyznam, że nie wiem, czy w takiej sytuacji ciało zabiera zakład pogrzebowy czy zakład medycyny sądowej). A może się mylę i od dwóch dni niepotrzebnie o tym rozmyślam? Wszak, co komu po ciele, które już tylko windą do ziemi może być zabrane albo w proch obrócone.
Było sobie życie...
"Świat kończy się, a potem pędzi dalej" - to ostatnie zdanie wymienionej wyżej książki.
Idę i ja, robić kotlety z soi i cukinii.


_________________________


[David Altmejd @daltmejd]

sobota, 22 października 2016

pytanie g(o)łębi



Z biblioteki - ku mojej uciesze - przybywali ostatnio:  
Obioma Chigozie i jego "Rybacy",
Maja Lunde z "Historią pszczół",
Kevin Powers wraz z "Żółtymi ptakami",
ale "Ślady" zostawił Jakub Małecki (to jest właśnie taka książka, po której trudno mi sięgnąć po coś innego, bo długo wibruje w myślach). 

A Ty co czytasz? :-)

[Wypożyczone stąd; niestety, nie wiem, kto jest autorem tego świetnego zdjęcia.]



sobota, 15 października 2016

Z ciarkowni


Wczoraj "Artyści" przypomnieli mi ten cudny utwór. Nie można pozostać obojętnym słuchając; przenika do głębi. 




niedziela, 25 września 2016

ażetki i wachlarze


By nie przedawkować rzeczywistości*, czasem rozwiązuję krzyżówki (ot, taka słabostka). Tylko jeden rodzaj, mianowicie od A do Ż (dla niewtajemniczonych: krzyżówki, gdzie obok objaśnienia podana jest ilość liter odgadywanego wyrazu oraz ujawniona jest jedna litera, najczęściej pierwsza, ale bywa druga czy ostatnia, natomiast nieznane jest miejsce odgadywanego wyrazu). Wśród nich najbardziej lubię baśkę A-Ż (nie ma podanej ilości liter, nieznane jest miejsce wpisania wyrazu, ale są oznaczone miejsca wszystkich samogłosek) a że taka zwykle jest jedna z całym bloczku, to zwykle ją podpisuję "MOJA!" :-), by nikt nie ważył się jej tknąć (wszystkie inne rozwiązywane mogą być przez każdego domownika czy gościa :-)). Zerkam dziś na krzyżówki,  a tam podpis "BAŚKA - TWOJA!" i zamazana ilość liter obok haseł do odgadnięcia a w krzyżówce miejsca samogłosek oznaczone narysowanymi długopisem kółeczkami. Mężul spreparował mi baśkę (aż szkoda mi ją rozwiązywać ;-)). Mój wewnętrzny uśmiech nie znał w chwili jej ujrzenia granic.
AŻetki żyją u nas swoim życiem, na marginesach często powstają rebusy, które sobie rysujemy i rozwiązujemy, piszemy liściki etc. 

__________________

A wczoraj pouczestniczyliśmy czynnie w obchodach Dnia Instytutu Konfucjusza i Kultury Chińskiej. I uczyliśmy się chińskich liczebników, chińskiej kaligrafii, obserwowaliśmy ceremonię parzenia herbaty (chińskiej, rzecz jasna), dekorowaliśmy maskę na wzór tych z Opery Pekińskiej i malowaliśmy chińskie wachlarze. Wesołe a i trochę twórcze było to popołudnie.


__________________

Bywają dobre rocznice trudnych dni i przeżyć. Ja mam taką dziś.  



__________________________
*Śpiewała o tym K. Nosowska

piątek, 23 września 2016

letnie źdźbła



Wplątałam się wczoraj w babie lato i choć kalendarz przypominał mi, że to pierwszy dzień jesienny, choć żółci się coraz bardziej mijany co dzień jesion, to jakoś nie dopuszczałam do siebie tej wiadomości. Wiem, wiem, niektórzy ubóstwiają jesień, ale ja - podobnie jak Jeremi Przybora - "zawsze jestem za wiosną. Bez względu na porę roku." ;-)



[il. Jesuso Ortiz]

Jesień jesienią, ale letnie źdźbła zasuszyć trzeba. 

Snopki dźwięków powiązałam. A w nich między innymi: kwartet wiolonczelowy w pałacu, który z zewnątrz nie zwiastuje uroków wnętrza, cudny koncert orkiestry kameralnej w barokowej sali i koncert poezji śpiewanej w klubowym ogródku. 

Tuż przed wakacjami wybrałam się na "Bramy raju" w reż. P. Passiniego (w sumie drugi raz, ale szansa się nadarzyła, to czemuż nie skorzystać) i już po wakacjach na pantomimę "Hydrokosmos" K. Dworakowskiego (z Córą). I warto było.

Wyjątkowo często gościłam w różnych muzeach i zawsze jakiś zachwyt stamtąd wynosiłam. Całkiem więc pokaźną wiązkę mam.

I - jak co roku - MSA. I spotkania z: Jakubem Małeckim (pełne dobrej, pokornej energii oraz styczności myśli i poglądów), Jackiem Hugo-Baderem (obfitujące we wspaniałe gawędy, jakie dziś rzadkością), Sylwią Chutnik (byłoby jeszcze ciekawiej, gdyby słyszalność była lepsza) i Michałem Witkowskim (pierwsze i ostatnie).

Przeczytałam: "Dostatek", "Pobojowisko", "Sweetland" i "Rzekę złodziei" Michaela Crummeya i zachwyciłam się każdą z tych książek (każdą!) i wrócić bym do nich chciała, wciągającą "Tajemną historię" Donny Tartt, smutnego i zabawnego jednocześnie "Wybranego" Bernice Rubens, "Projekt: prawda" Mariusza Szczygła (i tych, których o ich prawdy wypytywał). 
"Te chwile" H. Wassmo odłożyłam (w czasie), "Uczeń Gutenberga" A. Christie czeka na kontynuację, "Grę anioła" C. Ruiza Zafona zdążyłam zacząć czytać latem (choć dobra do czytania w komunikacji miejskiej, to strasznie ciąży w torebce). 

Radowałam się ciepłem letnich dni, soczystością arbuzów i scrabble'ami w niedzielne popołudnia na kocu w parku (i tym, że miałam z kim dzielić to ciepło, jeść arbuzy i grać w scrabble). Przechadzałam się po pięknych bulwarach, trawie w parkach, piasku na plaży i nierównych chodnikach. Z Córą bywałam na najróżniejszych warsztatach (ale jako obserwator niż uczestnik) od porcelanowych, poprzez laboratoryjne, ossolińskie, kulinarne... na teatralnych skończywszy. Kąpielisko nawet zaliczyłam, ale tam za głośno na czytanie, za brudno na kąpanie i w ogóle nuuuuda a tłok i zgiełk gorszy niż w centrum miasta. 


[il. Jesuso Ortiz]


____________________

Martwią i smucą decyzje, które zapadają nie tyle po coś, ile wbrew komuś i czemuś. To, co się dzieje na różnych - bliższych i dalszych mi - płaszczyznach napełnia dosłowną grozą.

____________________


Mały to fibulowy zakątek i choć niezwykle miło, gdy ktoś tu zagląda, to nie potrzebuję kontrolować kto i kiedy (miałam jakiś czas Google Analytics, ale tak rzadko korzystałam, że wyłączyłam). Jednak na bocznym pasku jakiś czas temu umieściłam gadżet "ostatnio czytane" i pojawiają się tam czasem moje dawne wpisy, które ktoś/coś otworzy. Dziś, gdy tu zajrzałam, by odpowiedzieć na komentarze, z prawej strony ujrzałam bluesa. Nie wiem, kto nań trafił ani czy w ogóle czytał (nie wiem nawet czy to człowiek, robot, siła niższa czy wyższa), ale wpis aktualny jakby był dzisiejszy, więc tajemniczemu ktosiowi/cosiowi dziękuję za odświeżenie mej pamięci.


____________________

Nic ostatnio nie oglądałam, poza "Artystami", których polecam, bardzo polecam. I nie tylko dlatego, żem słabo obeznana w serialowym świecie, więc nic innego polecić nie mogę, i nie tylko dlatego, że znam i podziwiam większość występujących tam aktorek i aktorów ze sceny wrocławskiej, i nie dlatego, że choć tło teatralne, to o ludziach to opowieść, a nie (tylko) o artystach. Tylko po prostu: dobry pomysł, świetne dialogi, niesamowite kreacje aktorskie... Uwiodło mnie to wszystko, po prostu. ;-)



niedziela, 28 sierpnia 2016

ucieczka


Zatkałam uszy. Zasłoniłam oczy. Zakryłam twarz.
Słuchawkami, okularami i książką odgradzam się od świata.
Zamykam drzwi.
Czasem.






piątek, 19 sierpnia 2016

Życie. Cztery wersje.



;-)



{Optymista niewiele różni się od pesymisty. 
Optymista zauważa, że oto świat stoi przed nim otworem. 
Pesymista w zasadzie uważa tak samo. 
Tylko pesymista wydaje się wiedzieć, o jaki otwór chodzi...}

Andrzej Poniedzielski



czwartek, 11 sierpnia 2016

kairos?




fot. Andree du Plessis 
[wypożyczone stąd]


_____________________

{Życie rządzi się swoimi prawami. 
Można stawiać opór, a można zaimprowizować jakiś sposób, by się uchować. 
Istnieją też natomiast  takie prawa, które nie poddają się oporowi czy improwizacji. 
(...) odróżnienie jednych od drugich jest prawie niemożliwe.} 

Michael Crummey, tł. Michał Alenowicz

piątek, 8 lipca 2016

{Każde zdarzenie, nawet najmniejsze, pozostaje w intymnym i rozumnym związku z innymi.} Mark Helprin




W zamierzchłych czasach, w miejscowości, z której pochodzę była biblioteka, z całkiem niezłym księgozbiorem. Pracował w niej mój wujek ("wujek" to pojemne słowo, w tym przypadku znaczy: mąż siostry mojej babci). Witał wchodzących słowami "moje uszanowanie", na dziękuję, odpowiadał: "cała przyjemność po mojej stronie" (tego akurat nie rozumiałam: czemu ktoś chce zawłaszczyć sobie całą przyjemność, która i mnie się należy ;-)) etc. Lubiłam tam chodzić i pomagać szarym (czemu mówi się "szarym" skoro on był raczej beżowy?) papierem opatulać książkowe okładki (zostało mi to do dziś; ponieważ książki często noszę w torbie, przywdziewam je w szatki ochronne, także książki biblioteczne, co pewnie jest niezłym odchyłem). Lubiłam wypożyczać i czytać książki (też mi zostało do dziś ;-)). Ale nie tylko ja lubiłam tam chodzić i nie tylko po książki. Było to miejsce otwarte trzy dni w tygodniu; po lekcjach szliśmy tam całą zgrają, by z zachwytem a czasem niezrozumieniem przejrzeć "Przekrojowe" rozmaitości oraz by poczytać humor z ostatniej strony "Kobiety i Życia" (nie żeby to jakieś szczególnie interesujące, czy śmieszne było, ale rytuały rytmizują życie) czy przekartkować inne gazety w kąciku czytelnianym. Co pewien czas niemal wszystkie dzieci i młodzież brały udział w konkursach czytelniczo-plastycznych (do dziś pamiętam niektóre moje nagrody). Może dlatego, że trudniej było o różne drobiazgi, może dlatego, że nie było zbyt wielu rozrywek, ale komuś się jednak chciało przeczytać i narysować (a nie można było narysować cokolwiek, gdyż trzeba było uzasadnić swoją interpretację). Nie ma biblioteki, nie ma wujka (chronologicznie) już od wielu lat. Nie ma już biblioteki szkolnej, nie ma nawet szkoły. Jest samoobsługowy sklep. Jest siłownia. 


Skoro już jakieś sentymentalne wątki mi się nasunęły, to aż dziw, że dotychczas nie pojawiły się tu "Czarne słowa". Od kiedy pierwszy raz obejrzałam koncert "Farat", wysłuchałam tej piosenki z tysiąc razy i zawsze z niezmiennym zachwytem.


______________

Początek lipca rocznicowy. Nie wszystkie oczywiste, niektóre pozornie nie są najweselsze (bo choć sam dzień sprzed dekady był wówczas najtrudniejszym w moim życiu, to bez niego byłoby tylko wielkie NIC). I czternaście lat minęło jak... czternaście lat; może nie łatwych, ale dobrych. :-)
Jest tyle powodów do wdzięczności!

Za ilustrację D. Huynh dziękuję Sunrise. :-)




środa, 15 czerwca 2016

z cyklu: Dzieje się


By się troszkę połudzić, że nie jest tak źle jak jest, łapię się równie pięknej co nietrwałej peonii w wazonie, książki, muzyki, teatru... 
_____________

Gdzie "On" ze mną nie był! I w Malibu nie był (ani ja), i w Puszczy Białowieskiej nie był, ale był na zamku Książ, był w poczekalni, w tramwajach i w szkole, i na basenie był. O! 
I warto było go ze sobą zabierać, zaprawdę. 



_____________

W maju w Europejskiej Stolicy Kultury 2016, w ramach Koalicji Miast dla Kultury, gościł Lublin. Zawładnął ulicą Szajnochy - ubarwił ją i udźwiękowił. Nam udało się obejrzeć spektakl akrobatyczny "Sen o mieście", pośpiewać z Orkiestrą Świętego Mikołaja i posłuchać Lublin Street Band. A działo się znacznie więcej.
_____________

I trudno nie wspomnieć o Flow (gdyby znalazł się ktoś zainteresowany, to widowisko zaczyna się od ok. 45 minuty). Dałam się ponieść "Wrocławskiej kantacie" (zapewne przez to połączenie z obrazem, który współtworzył opowieść o mieście).



_____________

Na chwilę przed pożegnaniem z tytułem, obejrzeliśmy "Trans-Atlantyk" we Wrocławskim Teatrze Współczesnym. I dobrze, że zdążyliśmy! 

_____________

I teatr, jak co roku, przysłał przedwakacyjne pozdrowienia. :-)


_____________

No i są truskawki! ;-) Truskawkowy rysunek był tu, więc nie będę wklejać ponownie, a te, które mam właśnie są zjadane. ;-)



wtorek, 14 czerwca 2016

"Piesek" Miłosza



Jakiś czas temu, utrudzona splotami nieszczęśliwych okoliczności, w mejlu do przyjaciela napisałam:  I coraz częściej marzę sobie, żeby po śmierci nie było nic. Absolutnie nic, bo chwilami już mam tak dość życia, że żadnego wiecznego nie chcę. Jak sobie pomyślę, że życie mogłoby się ciągnąć w nieskończoność, to chyba byłaby najgorsza kara z możliwych. Odpisał mi - jak zawsze, umiejętnie gładząc mnie rozsypaną - między innymi to, że na pewno nie jestem w tym "marzeniu" odosobniona.
Dziś wypożyczyłam Miłoszowego "Pieska przydrożnego" - jeszcze w bibliotece otworzyłam na przypadkowej stronie, a tam: "Jej herezja"
{Spostrzegłam - powiedziała - że nie myślę o Zbawieniu, i że te dwa bieguny, Nieba i Piekła, są u mnie inne: albo po śmierci nic, co już dobrze, albo kara za zło we mnie.}
No dobrze, troszkę naciągam zbieżność, ale - tak czy owak - jest na czym refleksję rozwiesić.
A po takich (jak ten mejlowy wyrywek) myślach przychodzą inne, podobne do tej:
{Co roku myślał o tym, czego uniknął i dosyć było tej myśli, żeby doznawać szczęścia.}
I jeszcze to (co też nie moje, a jakby moje):
{Następstwa naszych uczynków. Najzupełniej nieznane, bo każdy wchodzi w wielorakie związki z okolicznościami i z uczynkami innych.}
I to: 
{Mało podobieństwa pomiędzy tym, czym dla mnie były tamte ulice, i tym, czym były dla ludzi chodzących obok mnie, tymi samymi chodnikami. Gdybym choć był przekonany, że nie istnieje nic prócz wielkiej ilości indywidualnych, wzajemnie niekomunikowalnych wrażeń i obrazów! Ale ja szukałem jednej, człowieczo widzianej, wspólnej dla nas wszystkich prawdy o rzeczach...}

A Ty co widzisz? :-)



piątek, 13 maja 2016

coś z: Polski, Francji i Chin


Doprawdy, zadziwiam się, ileż to można ciekawych obraz(k)ów znaleźć w internetach
podczas jedzenia (małego) jogurtu czereśniowego. 





(O)błędny rycerz od Serge'a Blocha.



I taka przyjemna (powiedzmy że majowa) scenka od Oamula.




Zatem, zainspirowana i posilona,
 ruszam duszę 
i... "na wiatrak!"*
licząc na chwile wytchnienia.




______________________

*Jak wołało przez wieki (literatury) wielu, 
a niedawno też bohaterowie "Ścieżek Północy".





piątek, 6 maja 2016

wiwat maj!

Panowie trzej. 

Może nie mają tyle wdzięku, co Helene (występowała tu 2 maja ;)), ale grają świetnie.

_________________

Maj zaczął się czytelniczym przepychem. ;-) Najpierw długo oczekiwane w bibliotece (ktoś postanowił sobie siedem tygodni tę książkę w domu potrzymać) "Klaśnięcie jednej dłoni" Richarda Flanagana. Może do "Ścieżek Północy", a nawet do "Williama Goulda księgi ryb", trochę mu brakuje, ale i tak czytałam z nieskrywaną przyjemnością, gdyż ów australijski pisarz potrafi sprawić, że wczuwam się i rozumiem bohaterów, nawet jeśli coś tam zgrzyta między literami. I druga książka, którą wypożyczyłam, można by rzec, przypadkowo, to "Góra Tajget" Anny Dziewit-Meller. I tu wielkie zaskoczenie, bo choć początek wydawał mi się taki sobie, to im dalej, tym lepiej. Bardzo przystępnie i całkiem ciekawie (każdy rozdział - to trochę jakby opowiadania, które coś, ktoś ze sobą splata - ma inny sposób narracji) napisane o sprawach bolesnych. Lektura obowiązkowa - powiedziałabym - podobnie jak "Mała zagłada" Anny Janko, jak "Uśpiony głos" Dulce Hacon. Wiem, wiem, każdy rodzaj i gatunek literacki dziejów ludzkości dotykał, były już setki książek na podobne tematy, ale... kobiety jednak piszą o wojnie inaczej. I choć to nie są reportaże, a powieści, to oparte na wydarzeniach, niestety, prawdziwych.
Dla odmiany i złagodzenia drgań wewnętrznych wypożyczyłam teraz "Rachunek" Jonasa Karlssona.*

Czasem książka fascynuje mnie ze względu na treść, opowiadaną historię, czasem na sposób przekazu, formę, czasem, bo odnajduję w niej coś bliskiego a czasem, bo jest mi coś tak obce, że nigdy bym na to tak nie spojrzała, czasem, bo czymś absolutnie zaskoczy, a czasem, bo o oczywistościach opowie inaczej. Tak czy owak, musi wytarmosić wewnętrznie, rozzłościć, zasmucić albo zachwycić, rozbawić, zauroczyć i porwać w swój nurt. Czy to o tematach radosnych, czy bolesnych ma być tak, by mi się chciało wyjąć książkę z torby - choćby na trzy minuty - i przeczytać kilka zdań. 

_________________

Uwielbiam język polski pełen chrzęszczeń, szeleszczeń i dżdżystości. A że wiosna i że maj, i że akurat wpadło mi w ucho, to polecam posłuchać (audycji) co wiosną brzmi w trzcinie, czyli o żukach, trzmielach, biedronkach, ważkach i o tym, dlaczego zwą się tak a nie inaczej.:-)


_________________





______________________

* Sprawdził się znakomicie w tej roli.

piątek, 29 kwietnia 2016

Józef, Zara i mapka dłoni


Przeczytane u J. Tischnera:
{Doświadczenie wolności nie na tym polega, żeby móc robić to i tamto; doświadczenie wolności polega na tym, żeby się czuć w świecie jak u siebie. Świat, który na początku jest w sobie, zmienia się na świat „dla mnie” dzięki myśleniu. Wolność nie polega na wyborze, ani na braku wyboru. Wolność jest sposobem bycia.} 
{Jest jakieś koło, które wcale nie jest błędnym kołem, choć stwarza takie pozory. Aby być wolnym, trzeba myśleć; i z drugiej strony, aby myśleć, trzeba być wolnym. Prawdziwy myśliciel nigdy nie będzie niewolnikiem, człowiek naprawdę wolny nigdy nie będzie człowiekiem bezmyślnym.}
_______________



_______________

Drugi dzień odczuwam dość bolesne uwrażliwienie pewnych punktów na dłoni. Pomyślałam: zerknę na mapkę dłoni i zafunduję sobie autoterapię, a nuż jakiś wewnętrzny organ (jakby mi zewnętrzne nie wystarczały) upomina się o uwagę.  Masaże dłoni podobno dobre dla zdrowia a nawet urody, a pewnie i jakiejś medytacji przy okazji służyć mogą. Wpisałam w internety, przejrzałam cztery różne schematy dłoni i na każdym z nich w tym samym miejscu było oznaczone co innego... ;-) Nie zaryzykowałam otwierania kolejnej strony WWW (sieć wszystko przyjmie, wszystko pomieści), mam już wystarczającą paletę dolegliwości do wyboru. ;-)
To już lepiej wrócić do słuchania Zary lub podumać o wolności.



wtorek, 26 kwietnia 2016

karmienie zmysłów ;-)


Czasem lepiej nie próbować. ;-)

Ot, taki przykład pierwszy z brzegu (biurka). Nie przepadam za czekoladą - i dotychczas było tak, że ona jest i ja jestem, ale jesteśmy sobie obojętne; zaczęta (lub nie) tabliczka mogła sobie obok mnie leżakować. Ale traf chciał, że wczoraj spróbowałam karmelowej z solonymi orzeszkami i... poleż(akow)ała do dziś. Nie wiem, co o tym smaku powiedziałby Karol Założyciel (pierwszej w Polsce Parowej Fabryki Czekolady), ale moje receptory wysłały pozytywny przekaz. I teraz już tylko ja jestem obojętna jej. ;-)
Czy mi źle było z niejadaniem czekolady? Nie było, ale teraz pewnie już będzie. 

I drugi przykład. Sunrise dzisiaj mnie zaraziła ;-) melodiami i aranżacjami Mery Spolsky. I teraz dźwięczą mi w myślach: jedna i druga, i trzecia. Może nawet wieczorem poszukam czwartej. 
Czy źle mi było z niesłuchaniem spolskych utworów? Nie było, ale teraz już będzie. 

Ale ostatnio słuchałam i delektowałam się także... literaturą. Kolejna (moja trzecia; a tu: pierwsza i druga) edycja Europejskiej Nocy Literatury za nami. I jak zwykle było cudownie: deszcz, ziąb i tłumy, naprawdę tłumy ludzi złaknionych Szekspira - cudny przepływ energii! Jedne czytania zachwycały, inne trochę rozczarowywały, ale wszystkie warto było zobaczyć! Ze względu na miejsca, w których się odbywały (świątynie różnych wyznań, dawne klasztory, w których obecnie mieści się muzeum czy teatr, Aula Leopoldina, kamienica, w której obecnie jest wystawa ukraińskiej sztuki współczesnej, Stara Giełda i inne)na interpretujących aktorów (Olga Bołądź, Magdalena Cielecka, Maria Pakulnis, Anna Radwan, Dorota Segda, Ewa Skibińska,  Mariusz Bonaszewski, Janusz Chabior, Arkadiusz Jakubik, Cezary Łukaszewicz, Jan Nowicki, Bartosz Porczyk, Krzysztof Stelmaszyk) i wyjątkową atmosferę. Oczywiście, pospacerowaliśmy też Uliczką Krokodyli i porozmawialiśmy z niektórymi pisarzami związanymi ze Lwowem, zanim pozbawiono ich książek i wystrzelano.


__________________________

I kilka zdań od Jana Balabana, bo tak sobie odświeżyłam niedawno.

{Ile warte są rozmowy ledwie dotykające krańców, kiedy brakuje środka?}

{Musimy chcieć, inaczej będziemy musieć.}

{To, ku czemu się kierujesz, chociaż jeszcze jest przyszłością, określa cię i kształtuje już teraz.}

{Wszyscy umieramy, tylko niektórzy z nas na razie wolniej.}




ostatnio czytane