sobota, 7 listopada 2015

zakochani w Saharze



Ten wpis zaczął się od mojego kilkusłowu: pUSTyniA spragnione wody. Był on (kilkusłów) spontaniczną odpowiedzią na konkursowe pytanie o skojarzenia z pustynią a tym samym przepustką do kina (nie, nie na Bonda ;-)). A może zaczął się jeszcze wcześniej, gdy zobaczyłam, jaki będzie w tym miesiącu temat, wspominanej już kiedyś przeze mnie akcji Zaczytani w kinie, i gdy uświadomiłam sobie, że w sumie nic na temat Sahary Zachodniej i tragedii, które się tam rozgrywają nie wiem? Zresztą mniej istotne jaki był początek, ważniejsze - dokąd zaprowadzi (i czy w ogóle gdzieś). 

Poszliśmy (dwójca z naszej ziemskiej trójcy) na spotkanie z Bartkiem Sabelą i Hamzą Lakhalem oraz na pokaz filmu dokumentalnego pt. "Synowie chmur - ostatnia kolonia". Bartek to autor "Wszystkich ziaren piasku", a Hamza to jeden z bohaterów książki. Polak i Saharyjczyk, reporter i poeta, przyjaciele.

Mija właśnie 40 rocznica zielonego marszu, zwanego przez Saharyjczyków czarnym (król Maroka przekonał swoich podwładnych, że te ziemie Sahary Zachodniej należą do nich, więc tłumnie, całymi rodzinami maszerowali, by się osiedlić, Hiszpanie zrezygnowali z interwencji zbrojnej wobec marokańskich cywilów i odstąpili "swoją" część pustyni Maroku - taki oryginalny rodzaj dekolonizacji). Czterdzieści lat walki zbrojnej i niezbrojnej o podstawowe prawa, o swoją ukochaną ziemię. 2500 km wysokiego, pilnie strzeżonego przez marokańską policję muru, zbrojne oddziały co krok a za murem tysiące min. Dziesięciolecia ogólnego przyzwolenia, a nawet wspierania, takiej sytuacji przez europejskie i amerykańskie kraje. Bez poszanowania praw człowieka, ale z marokańską flagą przy siedzibie ONZ i brutalnym reżimem etc.
Ktoś ma ochotę wybrać się do Maroka na wakacje? - zapytał Bartek Sabela po projekcji filmu, a ja powtarzam za nim.

Oszałamiające jest przywiązanie Saharyjczyków do tego piasku_aż_po_horyzont. Mimo wszystkich niewygód i niebezpieczeństw jakie ze sobą niesie, kochają to miejsce, kochają pustynię. Wracają tam nawet, gdy skończą studia, bo to ich miejsce. I zadziwia też ich niezłomna wiara, że znowu będą mogli - jak dawniej - podążać za chmurami ze swoimi kozami i wielbłądami. 
A tymczasem gdzie im lepiej? W okupowanych miastach czy w obozach uchodźców? Żyć w mieście, ale pod ciągłą, agresywną kontrolą czy na wolności, ale w fatalnych warunkach? Walczyć i ginąć czy czekać w obozie wierząc, że świat wreszcie nie będzie rozmyślnie przymykać na to oczu?  Dodam, że w obozach - jak wynikało z opowieści B. Sabeli - mimo trudnych warunków, wszystko jest świetnie zorganizowane, szkoła jest obowiązkowa, są prowizoryczne szpitale, jest tworzona sztuka (malunki na ścianach, wiatrakowe instalacje z beczek po benzynie), prowadzona jest nawet szkoła dla niepełnosprawnych. I to w znacznym stopniu zasługa tamtejszych kobiet, które pierwsze uciekły z okupowanego kraju i same przystosowały do życia, od podstaw to obozowe miejsce - stawiając namioty, lepiąc cegły i tworząc struktury działania i współpracy.

I jest coś jeszcze. Herbata. Rytuał jej parzenia i wspólnego picia. Skracanie czekania (na wodę, na pożywienie, na noc w upalny dzień, na to, że coś się poprawi). Kropla normalności w nienormalnej rzeczywistości.

Na jedno z pytań z sali: jak pomóc, tj. gdzie wpłacać? H. Lakhalem odparł, że nie chcą pieniędzy (co pewnie nie znaczy, że nie są potrzebne), bo pieniądze zapewni im ich ziemia... gdy ją odzyskają. A by ją odzyskali, świat nie może być niemy. Sprawę nieco nagłośnił i trochę wywalczył Javier Bardem z kooperantami (warto obejrzeć film "Synowie chmur", gdy będzie taka okazja). Ale wciąż przymyka  się oczy na nieszczęście saharyjskich nomadów. Mówi się o zamieszkach w różnych częściach świata, o zabijaniu zwierząt, a o tym się głównie milczy. Milczy od 40 lat. A jak bezczelnie powiedział w filmie jeden z francuskich polityków: nikt o tym nie mówi, więc problemu nie ma, gdyby problem był, to by o tym mówiono [sic!]. I smutna, choć oczywista, konkluzja - wszędzie i wszystkim rządzi polityka. I pieniądze. A może to jedno i to samo?


Obejrzałam, posłuchałam. I co? Wiem. I tyle. No to się podzielę, bo może ktoś, kto tu - przypadkiem czy nie - zajrzy, nie wie, nie słyszał. Może się zainteresuje. Może będzie w stanie zdziałać więcej. Że mamy bliżej własne problemy? Mamy, każdy swoje i sporo wspólnych. Ale wasze, nasze, ich to przecież po protu: ludzkie.




niedziela, 1 listopada 2015

coś z sieci, coś od siebie



Jednak pisać, pisać mi trzeba. ;-) Wyjść z kokonu podmokniętego. Stąpać, tu i tam. Notować, choć czasem, myśli, wrażenia, zdarzenia. Bo się dzieje, coś, dnia każdego. I nieważne co, ważne ile to zmieni, co poruszy, jakie refleksje wzbudzi, jakim działaniom nada bieg. Zbieram się w sobie. 





Początek listopada to - przy całej banalności tego stwierdzenia - w Polsce dni szczególne. Jednoczące, bliskich i odległych, tych stąd i tych, co już nie tu. To czas światła, nadzieją podsycanego, że przydatne, że nie tylko po to, by płytę nagrobną ogrzewać. To spór o dziady, halołiny, wszystkich świętych i wszystkich zmarłych. Temat śmierci jest żywy szczególnie na przełomie dwóch pełnojesiennych miesięcy. Ale nie tylko na temat umierania trafiłam sobotniego wieczoru, nie tylko to wygrzebałam z sieci. Zatem teraz, na wzór dawnych prasówek - sieciówka:

  • Kilka słów od Jarosława Iwaszkiewicza: {A potem przyjdzie śmierć: wszystko rozwiązując niczego nie wyjaśni.} Takie kilka, że więcej nie trzeba. Więcej niech się w głowie tworzy, myśli i rozrasta, jeśli potrzebuje.
  • I taka fotografia od Adama Wawrzyniaka (znaleziona tu.)





A i miałam przytoczyć coś z rozpoczętych wczoraj "Wielorybów i ciem", ale nie umiem wybrać, za dużo bym chciała przepisać, za bliski mi jakoś dziś Szczepan Twardoch z całym koheletyzmem jego zapisków. 
A niedawno skończyłam czytać "Córkę papieża" D. Fo. Nie zachwyciłam się formą, ale uważam, że warto po tę książkę sięgnąć, choćby po to, by skonfrontować  z własną na temat Lukrecji Borgii niewiedzą.




ostatnio czytane