piątek, 28 sierpnia 2015

Goździk...




Smutny był, podobno, i/bo samotny. To przygarnęłam. Z radością. 

Jakaż przekorna jego natura!
Upokorzony przez własny kult, wciąż trwa. :-)
I jaki powabny być potrafi.


 {Umiejętność Trwania jest warunkiem przetrwania.} 
A. Poniedzielski



wtorek, 25 sierpnia 2015

wakacyjny wek ;-)


Wstałam. Ciemno, za chwilę zacznie padać deszcz, dywan z liści przykrywa ziemię, po zielonej trawie ani śladu... Słoneczne lato i intensywne wichury, które przetrzebiły zieloności wrocławskie, przyspieszają jesień. Jesień?! A ja nie zawekowałam dobrych wspomnień. O, tak być nie może! Czym ja się będę żywić w czas słonecznego niedosytu, w czas ciemności całodobowych i zimnego zimna, brrr? Pospiesznie zjadłam tosty z tuńczykiem i sałatą i zabieram się za konserwowanie wakacyjnych, pogodnych dni. 

Co się działo? Gdzie się było? Odświeżane pamięci, kartowanie kalendarza, zrzucanie zdjęć z aparatu i zapisywanie w jednym miejscu, czyli tu.


Ostatnio się przeczytało niewiele ("Nocny pociąg do Lizbony" P. Merciera  i "Krzesło do krępowania" K. Harrison) i było to czytanie z doskoków, w najróżniejszych miejscach.

Się było w kinie na... "Minionkach" i "Małym Księciu" - tak raczej przymusowo, z Córą, bo - chyba już jestem za stara aaaa!!! - raczej męczyłam się na tych filmach. 

Się było w teatrze na interesującym spektaklu "Inni, czyli wszyscy" wieńczącym świetny projekt "Lato w teatrze"

Poznało się kilka zakątków wrocławskich, do których wcześniej zajrzeć się nie udało, jak choćby parkowe Muzeum Sztuki Cmentarnej, a na te znane patrzyło się inaczej. 


I były spotkania, wyjątkowe, radość niosące. Z Duszą Bliską, choć zza oceanu, poznaną na blogu właśnie. 


I drugie - z Duszą Pokrewną nie widzianą kilkanaście lat (a jakby wczoraj). Oba naturalne, sycące, pełne i piękne, takie, że na samo wspomnienie serducho się śmieje.


I się pojechało w strony rodzinne na trzy tygodnie. I się leniuchowało na podwórku, pod orzechami. Zrywało się warzywa w ogrodzie (mimo suszy, coś tam udało się ocalić - szpinak trzymał się najdzielniej), wdychało się zapach znanych (a jednak już innych) miejsc, spotykało się z krewnymi i z niekrewnymi. Się rozmawiało, się wspominało, się było. 


Na wczasy się nie zapowiadało, ale były wywczasy. :-) Postanowiliśmy odwiedzić miejsca nieodległe, a warte uwagi. Wsiadaliśmy rano w pociąg i jechaliśmy tu i tam, by zobaczyć to i owo i wrócić w nocy. Było więc zwiedzanie, odkrywanie, podpatrywanie... Intensywne, do bólu trzech par nóg (no dobrze, głównie dwóch par), ale ku wieeelkiej uciesze. Bo razem, bo gdzie indziej, bo ciekawie, bo pięknie. 


No to może do Szklarskiej Poręby? Nad piękny Wodospad Kamieńczyka (843m n.p.m.) - według legendy powstały z łez siedmiu rusałek; znany dotychczas Córze z ekranizacji "Księcia Kaspiana", Mężulkowi znany z widzenia, a mnie nieznany wcale. I dalej, na Halę Szrenicką (1200m n.p.m.). Tup, tup, z mozołem, w upale, który  nie był aż tak dokuczliwy, bo to miejsca w większości zacienione, ale jednak był. Córa już się chciała poddać i wracać, szczególnie gdy znikąd pojawiła się burza - za wysoko, by schodzić, za nisko, by się schronić w schronisku. Ale gdy burza zaczęła posuwać się w dół, Córa, mimo wielkiego zmęczenia, zdecydowała, że idziemy w górę. Widoki i możliwość odsapnięcia zrekompensowały wysiłki. 


To może teraz do Kłodzka? Wcześniej byliśmy tam tylko na dworcu PKP podczas przesiadki i nawet nie widzieliśmy miasta. A ono urokliwe jest bardzo. Tu już kilka fotek pstryknęłam. Są jakie są, ale są. O!

Mnóstwo fikuśnych kamienic. Imponujące kościoły. Piękny ratusz. I kolumna wotywna NMP na pl. Chrobrego.












Urokliwy gotycki most św. Jana z barokowymi rzeźbami. 






No i Twierdza Kłodzko - miejsce absolutnie niesamowite. Z potężną częścią górną jak i niziutkimi (miejscami poniżej 90 cm), ciasnymi korytarzami minerskimi. Robi ogromne (nie tylko ze względu na 32 ha, które zajmuje) wrażenie nawet dziś. Widok na Kotlinę Kłodzką wyjątkowy. 






Żył sobie w Kłodzku pan, Filipkiem zwany. Przepowiadał przyszłość. Nikt mu jednak nie wierzył, gdy mówił: "Gdy się spotkają trzy siódemki, wilk się wody napije". Do dnia 7.07.1997, gdy podczas powodzi, woda sięgała do jęzora tego wilka właśnie.





A teraz gdzie? Do pięknej Jeleniej Góry, na zajmujące zwiedzanie miasta z cudnymi kamieniczkami, wieżyczkami, arkadami, kościołami, deptakami, lapidarium... i na spacer Doliną Bobru do schroniska Perła Zachodu.























O, i takie to były przyjemne przyczyny mojej blogowej absencji.