Wiosna już się styka z latem, a ja o "Podróży zimowej"


Od kilku dni mamy nowego sąsiada. Nie widzieliśmy go jeszcze, ale słyszymy codziennie. Ranek, południe, a nawet późny, ciemny wieczór, niezależnie czy świeci słońce czy pada deszcz - jego słychać. Ale słychać pięknie. Ten świergot, trel, ćwierkanie (do ornitologa mi daleko, więc nie wiem, jak to określić) brzmi cudnie! I zachwyca nas całorodzinnie za każdym razem, gdy się odzywa, a czyni to dość często. Musiał zamieszkać w krzewie tuż przy oknie, bo brzmi przy samym parapecie, ale nasze próby podglądania są nieefektywne.


Ale właściwie to nie o tym chciałam (trochę to będzie przydługie, ale przymusu czytania nie ma, a ja zapisać chcę - ku pamięci). 
Przed sezonem ogórkowym zajadam się kulturą. Jak tu nie skorzystać, skoro teatry robią promocje i bilet można kupić za 24 albo za 15 złotych, a jeśli pójdzie się na dwa spektakle, to za trzeci zapłaci się 5 (słownie: pięć) złotych. 
Taki przedsmak był w niedzielę o 17:30 - w Ogrodzie Staromiejskim z okazji 222 urodzin Aleksandra Fredry wystawiono plenerową "Zemstę". Obchody były bardziej rozległe, ale my wybraliśmy się na spektakl i na wystawę różnych wydań (w tym lwowskiego pierwodruku z 1838 roku) wspomnianej komedii (dzięki uprzejmości Ossolineum postawiono w parku gabloty z tymi książkami). "Zemsta" na Scenie Letniej to klasyczne przedstawienie a z racji dostępności zgromadziło naprawdę sporo roześmianych widzów. Jeśli o mnie chodzi, wyrosłam już chyba z oczywistych i tradycyjnych interpretacji i wolę coś więcej... Ale nie z tego powodu nie oglądałam do końca. O 19:00 rozpoczynała się bowiem "Podróż zimowa" w reżyserii Pawła Miśkiewicza, na którą bilet miałam już od wtorku i zacierałam niecierpliwie łapki w oczekiwaniu. Najczęściej przed pójściem na spektakl nie czytam żadnych recenzji, idę z "czystą" głową i otwartą duszą (czasem czytam książkę, która jest adaptowana). Tu nie znałam tekstu, ale pobieżnie znam twórczość E. Jelinek, więc tak zupełnie w ciemno nie szłam, wiedziałam, czego mogę się spodziewać. ;-) 
Scena na Świebodzkim jest dość specyficzna i w każdym spektaklu nieco inna. Teraz na przykład widownię stanowiły cztery długie rzędy ustawione w półkolu bardzo blisko malutkiej sceny - aktorki były więc na wyciągnięcie ręki (często także dosłownie). 
Choć wiele słów tyczyło bezpośrednio pisarki, to ich osobistość była jakby uniwersalna.
Obsada mistrzowska! Każda aktorka (czyli każde wcielenie Elfriede) w swoich monologach była jakby jedyna, niezastąpiona. I wydawało się, że już nic nie może zaskoczyć, że już ciekawiej, dosadniej nie można powiedzieć. A potem okazywało się, że można i to za każdym razem dotkliwiej. Najpierw Halina Rasiakówna mówiła o (prze)mijaniu i miałam wrażenie, że przesadzili, bo jeśli taki monolog jest już na początku, to dalej nie będzie miejsca już na nic. I wkroczyła Krzesiława Dubielówna z długimi, pięknie siwymi włosami a gdy mówiła o kruszeniu się ciała, o łzach, to moje też miały ochotę płynąć. I wjechała (na obrotowej części sceny) Ewa Skibińska siedząca i grająca na bębnie - ten hipnotyzujący monolog był bardzo ekspresyjny, głośny, taki... licytacyjny a obiektem na sprzedaż była panna młoda i nasza (nie)zależność we współczesnym świecie. Następnie przygasły światła i wyświetlano nagranie z nieznaną mi dotychczas Agnieszką Kwietniewską... w ciąży i bez upiększających makijaży. Leżąca na łóżku, w centrum - jej nagi brzuch, piękny, bo w ciąży i dokuczliwy, bo ciąży. Ta scena była tak wymowa, że czuło się ten strach, to szukanie sensu, tę całą piękną i niepiękną cielesność. Część sloganów związanych z kobietą, aktorka wypowiadała ze sceny przez megafon. Do Elfriede I, Elfriede II, Elfriede III, Elfriede IV, dołączyła Małgorzata Gorol jako Elfriede V i panie rozprawiały na temat telewizji, w której leciały relacje związane z tragedią Natashy Kampusch. Elfriede V wyszła i po chwili wróciła już nie w szlafroku, ale w białej sukience, założyła rolki i choć chwilę wcześniej wydawało mi się, że już nic nie jest w stanie mnie zaskoczyć, że już wszystko było, aktorka wirując na scenie, rozprawiała o miłości. I to o tej raczej nieromantycznej, także rodzicielskiej czy wymarzonej. Niby momentami było to absurdalne a jednocześnie bardzo prawdziwe. 
Ciekawych tematów, rozliczeń, refleksji, buntu, chyba też nadziei nie brakowało i w dalszej części spektaklu, co chwilę wyłaniała się któraś Elfriede i dręczyła, ale nie chciało się przed tym dręczeniem uciekać. Spektakl, w którym ciągle ktoś mówi i mówi dużo, a mimo tego słucha się w napięciu, by nic nie umknęło, by wszystko dotarło. 
A i był striptiz - niesamowity! Doprawdy nie wiem jak M. Gorol to zrobiła, ale ta scena była niezwykła. I to wcale nie ze względu na "magiczną" sztuczkę z czerwoną chusteczką, ani nie na młodziutkie ciało, ale na to w jaki sposób skupiała na sobie uwagę, jak patrzyła w oczy widzów, jak mistrzowsko to odegrała (nie jestem jakąś admiratorką nagości na scenie, ale jeśli z czegoś ona wynika lub coś wynika z niej, to jak najbardziej tak). I coś jeszcze - klaun K. Dubielówny, niepozorny, cichy, a wrył mi się w pamięć. O, i także Elfriede IV na wieńcu pogrzebowym trudno będzie zapomnieć. 
Aktorki niepokoiły, wstrząsały, poruszały, denerwowały, pobudzały do refleksji i do uśmiechu czasem też, świdrowały myśli... I to nie jest tak, że mówiły o sprawach jakoś szczególnie mi bliskich, nie, czasem wręcz obcych, ale jednocześnie takich, których istnienia mam świadomość - nie tu, to tam, nie teraz, to kiedyś.
Wrażenia dopełniała muzyka - pianino, wiolonczela, skrzypce, bębny -  grana na żywo. A niezwykła Maja Kleszcz (także jako Natascha) robiła z głosem cudne wariacje - od dźwięków przeraźliwie wysokich przeszywających, po niskie, chropowate. Ciarki po mnie spacerowały wte i wewte za każdym razem, gdy zaczynała śpiew lub wokalizę. 
Zaleciłabym obejrzenie tego spektaklu każdej kobiecie. I mężczyznom też. O! ;-)


Komentarze

  1. Zachęciłaś mnie do obejrzenia spektaklu:)
    Dziękuję. Maję Kleszcz uwielbiam, ona to potrafi jednak tym głosem wiele emocji wzbudzać.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. O! Ciekawe, czy nasze wrażenia byłyby (będą) podobne. Odczuwalność zasilana jest przecież nie tylko podobną wrażliwością ale i całą różnorodnością naszych żyć.

      Usuń
    2. Oj, że ten Wrocław musi być tak daleko ode mnie.
      Hm....odczuwanie zależne jest od tych wszystkich drobinek, z których jesteśmy poskładani. Życie w jakiś sposób pewnie też rzeźbi nasze wnętrza. Przyszła mi taka myśl do głowy: myślisz, że istnieje chociaż dwoje ludzi na świecie, którzy odczuwają identycznie?, chyba nie.
      To z jednej strony jest bardzo ciekawe. Nie wiem jeszcze jak z drugiej. :):):)

      Usuń
    3. Oj, chyba nie istnieje... (pewności nie ma, bo nikt nie sprawdzi, ale prawdopodobieństwo śladowe). Myślę, że sami nawet każdego dnia odczuwamy nieco inaczej (oczywiście, bez przesady, bo choć wciąż się kształtujemy, to coś w nas już jest i nie może być każdego dnia inne, ale wszystkie te drobinki, o których wspominasz, mają wpływ).
      Też nie wiem, jak z drugiej strony. ;-))

      Usuń
  2. Zachęcasz cudnie :) A do Wrocławia tak daleko... nawet tym ciasnym Pendolino;/
    A nagość na scenie ... trudne zadanie, bo trudna materia. Tym bardziej to mistrzostwo.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dzięki, że zechciałaś przeczytać. :-) I w Warszawie atrakcji nie brakuje, pewnie nawet więcej, choć czasem miło byłoby wymienić spostrzeżenia - takie same, podobne lub bardzo różne - o tym samym...

      Usuń
  3. Odpowiedzi
    1. U mnie akurat takie, u Ciebie te tatrzańskie - dobrze, że można sobie o nich choć poczytać. :-)

      Usuń
  4. Odpowiedzi
    1. :-) Kto wie, może kiedyś jakaś okazja się trafi.

      Usuń
  5. Tak opisujesz, że aż się czuje twoją ekscytację. :)
    Szkoda, że jej nie zobaczę, za daleko :(

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Oj tam, oj tam "za daleko" - bliżej niż Salzburg. ;-)

      Usuń
    2. hahaha ale do Salzburga to kilkudniowa wyprawa była ;)

      Usuń

Prześlij komentarz

{Czy to takie ważne o czym? Sama rozmowa jest wystarczającym powodem, aby chcieć porozmawiać.}
/Wiesław Myśliwski/

ostatnio czytane

było

{Nie wolno Ci się bać, wszystko ma swój czas Ty jesteś początkiem do każdego celu}

rozmaitości powszednie

czereśnie i tajemniczy mierniczy

Między chwilą radości, a chwilą zadumy

coś z sieci, coś od siebie

Jak?

Pajęczyna zdarzeń