wtorek, 30 czerwca 2015

głupie pytanie


Beznadzieja. Ból. Współodczuwanie. Głupie, bezradne łzy. Bezsens. Rozpacz. Niezgoda.
Czemu na tym pokręconym świecie dzieje się tak, że cudowna młoda osoba, która nawet mrówki skrzywdzić nie umie, w ciągu trzech lat traci ukochanych: mamę, tatę i dziecko???????????????????????????????????? 





piątek, 26 czerwca 2015

nie(s)pokój


{Nic do mnie nie należy,
tylko spokój serca
chłód wieczoru.}
/Issa/

A chłód nie tylko dosłowny, więc i o spokój serca niełatwo. 
Ktoś umarł, Ktoś się urodził i już walczy o życie - takie piątkowe nowiny od Bliskich mi. 




Historia jakby zatoczyła krąg. Czerwiec sprzed dziewięciu lat i ten, który teraz trwa, takie podobne zdarzenia przynoszą. Kiedyś ja, dziś moja przyjaciółka drastyczną lekcję macierzyństwa przechodzi. A moja od_wczoraj_dziewięciolatka skończyła dziś z pięknymi wynikami drugą klasę, więc radość ogromna. A przecież kilka razy już mogło Jej nie być... 

  

niedziela, 21 czerwca 2015

lato, podobno




_____________

A w ogóle to trochę się działo (tylko nie było okazji o tym napisać). W piątkowy wieczór chłodny byłam na wernisażu wystawy Podróżowanie w przestrzeni Barbary Trzybulskiej. Ładnie opisał to Paweł, więc od siebie dodam tylko, że te wyjątkowe prace widziane już na fotografiach intrygują, ale na żywo można je bardziej... poczuć, doświadczyć (dziwne może wydaje się to określenie, ale właśnie ono mi pasuje). 
Miałam prawdziwą przyjemność porozmawiać chwilę i z autorką prac, i z Małgorzatą Południak, której wiersze stały się inspiracją dla prezentowanych w galerii ceramicznych kolaży. Fascynujące wydaje mi się przenikanie się tych twórczości, więc trochę pognębiłam pytaniami na ten temat. Samo zetknięcie z artystkami było sympatyczne, a ponadto jest coś magicznego w chwili spotkania w rzeczywistości osób znanych dotąd jedynie ze słów, obrazów i dźwięków zamieszczanych na blogach. To już kolejne (choć tym razem krótkie) moje takie spotkania i każde przynosiło jedynie miłe zaskoczenia. Światy wirtualny i realny czasem są bliżej siebie niż się wydaje.

_____________

A za chwilę wybieramy się na koncert. Katarzyna Groniec, której głos i muzykoczucie darzę pewnym sentymentem od czasów bardzo odległych, będzie śpiewać teksty Agnieszki Osieckiej. Myślę, że przyjemnie się zanurzę w tych dźwiękosłowach. 





czwartek, 18 czerwca 2015

~nie wiem jaki tytuł~


Dobro krąży.
(Bez złudzeń, zło też.) 
Człowiek coś robi, bez zastanawiania się - po protu z jakimś wewnętrznym przekonaniem, że tak należy, albo nawet bez żadnego przeświadczenia, tylko po prostu tak naturalnie jak się oddycha - robi, bo może to zrobić. 
I tyle.
A czasem okazuje się, że to w jakiś sposób wraca. 
W nieoczekiwanym momencie, z niespodziewanej strony spływa życzliwym strumieniem.
Zaskakuje i cieszy. 
I właśnie tego doświadczyłam dziś. 
Jestem równie zadziwiona co szczęśliwa. 
I choć dla jednych może się to zdać jeno drobiazgiem, dla mnie znaczy wiele.
Podobno zwykle tłumimy uczucia albo je wyrażamy, a rzadko przeżywamy. Dziś więc przeżywam swoje zdziwienie, radość i wdzięczność.
I swoje niezbyt dobre samopoczucie też. 

Tu i tam jest coś do zrobienia - nie zamykać się na to i w miarę możliwości działać. 
Wykroczyć poza doraźność. 
Mogą z tego wyniknąć małe cuda. :-)


{Zawiły jest i gęsty haft okoliczności.}
/W. Szymborska/




wtorek, 16 czerwca 2015

Wiosna już się styka z latem, a ja o "Podróży zimowej"


Od kilku dni mamy nowego sąsiada. Nie widzieliśmy go jeszcze, ale słyszymy codziennie. Ranek, południe, a nawet późny, ciemny wieczór, niezależnie czy świeci słońce czy pada deszcz - jego słychać. Ale słychać pięknie. Ten świergot, trel, ćwierkanie (do ornitologa mi daleko, więc nie wiem, jak to określić) brzmi cudnie! I zachwyca nas całorodzinnie za każdym razem, gdy się odzywa, a czyni to dość często. Musiał zamieszkać w krzewie tuż przy oknie, bo brzmi przy samym parapecie, ale nasze próby podglądania są nieefektywne.


Ale właściwie to nie o tym chciałam (trochę to będzie przydługie, ale przymusu czytania nie ma, a ja zapisać chcę - ku pamięci). 
Przed sezonem ogórkowym zajadam się kulturą. Jak tu nie skorzystać, skoro teatry robią promocje i bilet można kupić za 24 albo za 15 złotych, a jeśli pójdzie się na dwa spektakle, to za trzeci zapłaci się 5 (słownie: pięć) złotych. 
Taki przedsmak był w niedzielę o 17:30 - w Ogrodzie Staromiejskim z okazji 222 urodzin Aleksandra Fredry wystawiono plenerową "Zemstę". Obchody były bardziej rozległe, ale my wybraliśmy się na spektakl i na wystawę różnych wydań (w tym lwowskiego pierwodruku z 1838 roku) wspomnianej komedii (dzięki uprzejmości Ossolineum postawiono w parku gabloty z tymi książkami). "Zemsta" na Scenie Letniej to klasyczne przedstawienie a z racji dostępności zgromadziło naprawdę sporo roześmianych widzów. Jeśli o mnie chodzi, wyrosłam już chyba z oczywistych i tradycyjnych interpretacji i wolę coś więcej... Ale nie z tego powodu nie oglądałam do końca. O 19:00 rozpoczynała się bowiem "Podróż zimowa" w reżyserii Pawła Miśkiewicza, na którą bilet miałam już od wtorku i zacierałam niecierpliwie łapki w oczekiwaniu. Najczęściej przed pójściem na spektakl nie czytam żadnych recenzji, idę z "czystą" głową i otwartą duszą (czasem czytam książkę, która jest adaptowana). Tu nie znałam tekstu, ale pobieżnie znam twórczość E. Jelinek, więc tak zupełnie w ciemno nie szłam, wiedziałam, czego mogę się spodziewać. ;-) 
Scena na Świebodzkim jest dość specyficzna i w każdym spektaklu nieco inna. Teraz na przykład widownię stanowiły cztery długie rzędy ustawione w półkolu bardzo blisko malutkiej sceny - aktorki były więc na wyciągnięcie ręki (często także dosłownie). 
Choć wiele słów tyczyło bezpośrednio pisarki, to ich osobistość była jakby uniwersalna.
Obsada mistrzowska! Każda aktorka (czyli każde wcielenie Elfriede) w swoich monologach była jakby jedyna, niezastąpiona. I wydawało się, że już nic nie może zaskoczyć, że już ciekawiej, dosadniej nie można powiedzieć. A potem okazywało się, że można i to za każdym razem dotkliwiej. Najpierw Halina Rasiakówna mówiła o (prze)mijaniu i miałam wrażenie, że przesadzili, bo jeśli taki monolog jest już na początku, to dalej nie będzie miejsca już na nic. I wkroczyła Krzesiława Dubielówna z długimi, pięknie siwymi włosami a gdy mówiła o kruszeniu się ciała, o łzach, to moje też miały ochotę płynąć. I wjechała (na obrotowej części sceny) Ewa Skibińska siedząca i grająca na bębnie - ten hipnotyzujący monolog był bardzo ekspresyjny, głośny, taki... licytacyjny a obiektem na sprzedaż była panna młoda i nasza (nie)zależność we współczesnym świecie. Następnie przygasły światła i wyświetlano nagranie z nieznaną mi dotychczas Agnieszką Kwietniewską... w ciąży i bez upiększających makijaży. Leżąca na łóżku, w centrum - jej nagi brzuch, piękny, bo w ciąży i dokuczliwy, bo ciąży. Ta scena była tak wymowa, że czuło się ten strach, to szukanie sensu, tę całą piękną i niepiękną cielesność. Część sloganów związanych z kobietą, aktorka wypowiadała ze sceny przez megafon. Do Elfriede I, Elfriede II, Elfriede III, Elfriede IV, dołączyła Małgorzata Gorol jako Elfriede V i panie rozprawiały na temat telewizji, w której leciały relacje związane z tragedią Natashy Kampusch. Elfriede V wyszła i po chwili wróciła już nie w szlafroku, ale w białej sukience, założyła rolki i choć chwilę wcześniej wydawało mi się, że już nic nie jest w stanie mnie zaskoczyć, że już wszystko było, aktorka wirując na scenie, rozprawiała o miłości. I to o tej raczej nieromantycznej, także rodzicielskiej czy wymarzonej. Niby momentami było to absurdalne a jednocześnie bardzo prawdziwe. 
Ciekawych tematów, rozliczeń, refleksji, buntu, chyba też nadziei nie brakowało i w dalszej części spektaklu, co chwilę wyłaniała się któraś Elfriede i dręczyła, ale nie chciało się przed tym dręczeniem uciekać. Spektakl, w którym ciągle ktoś mówi i mówi dużo, a mimo tego słucha się w napięciu, by nic nie umknęło, by wszystko dotarło. 
A i był striptiz - niesamowity! Doprawdy nie wiem jak M. Gorol to zrobiła, ale ta scena była niezwykła. I to wcale nie ze względu na "magiczną" sztuczkę z czerwoną chusteczką, ani nie na młodziutkie ciało, ale na to w jaki sposób skupiała na sobie uwagę, jak patrzyła w oczy widzów, jak mistrzowsko to odegrała (nie jestem jakąś admiratorką nagości na scenie, ale jeśli z czegoś ona wynika lub coś wynika z niej, to jak najbardziej tak). I coś jeszcze - klaun K. Dubielówny, niepozorny, cichy, a wrył mi się w pamięć. O, i także Elfriede IV na wieńcu pogrzebowym trudno będzie zapomnieć. 
Aktorki niepokoiły, wstrząsały, poruszały, denerwowały, pobudzały do refleksji i do uśmiechu czasem też, świdrowały myśli... I to nie jest tak, że mówiły o sprawach jakoś szczególnie mi bliskich, nie, czasem wręcz obcych, ale jednocześnie takich, których istnienia mam świadomość - nie tu, to tam, nie teraz, to kiedyś.
Wrażenia dopełniała muzyka - pianino, wiolonczela, skrzypce, bębny -  grana na żywo. A niezwykła Maja Kleszcz (także jako Natascha) robiła z głosem cudne wariacje - od dźwięków przeraźliwie wysokich przeszywających, po niskie, chropowate. Ciarki po mnie spacerowały wte i wewte za każdym razem, gdy zaczynała śpiew lub wokalizę. 
Zaleciłabym obejrzenie tego spektaklu każdej kobiecie. I mężczyznom też. O! ;-)


niedziela, 14 czerwca 2015

sobota


Bliscy. Zieleń. Koc (piknikowy). Ptasi świergot. I upał (niedokuczliwy, bo wytęskniony). 
I chwilowa zmiana perspektywy oglądania świata - na leżąco. 
Takie popołudnie. 





Moje Kochania wysłałam na spektakl do Teatru Lalek i cały koc został dla mnie. ;-) 
Z błogością oddałam się lekturze. 





Do domu wróciłam, w piecu nie paliłam. Tylko przepakowałam torbę, chwyciłam kilka kęsów ciabatty z oliwkami i popędziłam na Europejską Noc Literatury (co zacz pisałam w ubiegłym roku, więc nie będę się powtarzać). 
Rozpoczęłam od Muzeum Architektury, gdzie Katarzyna Herman wspaniale przeczytała fragment "Tematu na pierwszą stronę" U. Eco. Aż nie chciało się stamtąd wychodzić (a byli i tacy, którzy zostali na drugie czytanie rezygnując z innego). Aktorka była pogodna i miast odpoczywać między czytaniami zgadzała się na fotografie ze słuchaczami. Następnie w BWA Awangarda zatrzaśnięto mi (i kilkudziesięciu innym osobom) drzwi przed nosem:
- Mamy 95 miejsc siedzących, nie możemy wpuścić więcej osób. 
- Ale my możemy stać. 
- Ale aktorowi to przeszkadza. 
Ostatecznie wpuszczono jeszcze 20 osób i byłam wśród nich. Tam Jacek Braciak czytał "Uległość" M. Houellebecqa. I to było jedyne rozczarowanie tego wieczoru. A szkoda, bo choć aktora bardzo lubię, to wcale nie chciało mi się tej monotonii słuchać. Sam fragment książki wydał mi się nudny i zniechęcający (możliwe, że i to miało wpływ na interpretację). Poza tym miejsce było wyjątkowo duszne i trudno było tam wytrzymać. W trakcie tego czytania niebo zasnuły ciemne, bardzo ciemne chmury, zerwał się wiatr i wiadomo było, że burza nieunikniona. 
Ludzie przechodzący z innego kierunku bardzo chwalili czytanie W. Bonowicza i chwała im za to, bo miałam je odpuścić (przybyłam o 18:07, a godzin wpuszczania na czytania bardzo przestrzegano, więc wiedziałam, że zacznę od 18:30 a tym samym z jednego czytania będę musiała zrezygnować). Zatem na dziedzińcu Instytutu Historii Sztuki było sympatycznie mimo donośnych grzmotów. Wojciech Bonowicz zrobił na mnie miłe wrażenie, cały czas spędzał z przychodzącymi ludźmi, witał się, rozmawiał. W razie deszczu zapraszał pod "swój" namiot. Ludzi było dużo i pod namiotem się nie zmieścili, a lać zaczęło. Przenieśliśmy się więc do uniwersyteckiego korytarza i choć bez nagłośnienia, było swojsko, sympatycznie i dość zabawnie. Interpretacja bardzo ciekawa, porywająca, a i fragment książki "Automat z wodą gazowaną z syropem lub bez" U. Niaklajeu'a dobry, taki gorzko-wesoły. 
Pioruny, błyski i okropna ulewa. Cienki sweterek do torby wrzuciłam, ale parasolki nie. Nawet nie wiedziałam, że można tak zmoknąć pokonując w sumie niedługą drogę do Auli Leopoldina. Ale nie żałuję. I powiem coś jeszcze - mogłabym zmoknąć drugi raz dla takiej interpretacji. Maja Ostaszewska zna-ko-mi-cie przeczytała niełatwy fragment "Gdy zniknęły gołębie" S. Oksanen. Chciało się prosić, by nie kończyła jeszcze tej lektury (nawet ja nie mogłam sobie odmówić poproszenia o autograf). Z Auli na Przejście Żelaźnicze (deszcz wciąż padał intensywnie, ale nie tak siarczyście jak wcześniej), z którego zgarnięto nas do salki Instytutu Grotowskiego, gdzie czekał już Sławomir Orzechowski ze swoją interpretacją "Jaśnie pana" J. Cabrego. Aktor często czyta w radiu, więc wiedziałam czego się spodziewać i nie rozczarowałam się. Było świetnie. Kolejny przystanek w tej literackiej wędrówce to Ratusz, a tam tryskający poczuciem humoru Eryk Lubos z książką S. Żadana "Mezopotamia" - przeczytał bardzo przekonująco (jak na mój gust może trochę za szybko, ale nawet pasowało to do wybranego fragmentu). W mniejszym już deszczu podążyłam do Księgarni Hiszpańskiej, gdzie Bartosz Porczyk czytał jedyną jeszcze niewydaną książkę "Nietzsche na balkonie" C. Fuentesa. I znowu - brak miejsc: "Ze względu na deszcz, musieliśmy przenieść się do środka, a tam liczba miejsc ograniczona". Większość ludzi poszła więc dalej, a nielicznych pozostałych wpuszczono uprzedzając, że mogą nic nie widzieć. Widać jednak było nieźle, słychać też. I tu wiedziałam, czego się spodziewać, bo aktor jest mi dobrze znany z ról teatralnych. Było ciekawie i cieszę się, że się udało. Kolejne miejsce - Barbara i rewelacyjny Mariusz Kiljan czytający "Bliskość" M. Malaicu-Hondrariego, zahipnotyzował słuchaczy. Stamtąd poszłam do CS WRO, gdzie o 22:30 Łukasz Garlicki przeczytał - bardzo ciekawie - fragment "Ostatniego słowa" H. Kureishiego
Nie udało mi się posłuchać Mai Bohosiewicz. :-( 
W moim subiektywnym rankingu tegoroczni mistrzowie interpretacji to: Maja Ostaszewska, Katarzyna Herman i Mariusz Kiljan.
Wszędzie tłumy ludzi w każdym, naprawdę każdym, wieku, mimo niesprzyjających warunków atmosferycznych, mimo późnych godzin, mimo meczu etc. I to właśnie w tym wydarzeniu jest piękne!







piątek, 12 czerwca 2015

codzienne odkrycia




{Najbardziej poruszały ją [hiszpańską królową Enę] kompozycje wyrażające więcej niż tylko jedną stronę uczuć: triumfalny ton idący w parze z mroczną zapowiedzią nieuchronnej straty, gniew przechodzący w pełen tkliwości nastrój rezygnacji. Kiedy pierwszy raz zetknąłem się z Adagio con variazioni Respighiego, od razu wiedziałem, że zostało napisane dla niej. Jego mocne, powolne, majestatyczne tony przypominały mi jej chłód; delikatne diminuenda - subtelność dowcipu; szybsze, wznoszące się ku górze partie brzmiały bardziej jak skrucha niż chełpliwość; najbardziej wzruszające części tchnęły bólem i żałością, w osobliwy sposób godząc z sobą gniew i ukojenie. Każdemu, kto pierwszy raz je usłyszał "Adagio" od razu wydawało się czymś bliskim. Nawracającymi, falującymi wariacjami przywodziło na myśl pamięć, nie jakąś rzeczywistą i jednostkową, lecz pamięć w swej istocie - natrętne frazy powtarzały się wchodząc z innymi w nowe sploty, grzęznąc boleśnie w nieuchronnej recydywie. Na sam koniec przychodziły partie wirtuozowskie, które niezmiennie odrywały mnie od świata spychając mnie w głąb samego siebie. Kiedy ocknąłem się z amoku szybkich, porywistych i piekielnie trudnych pasaży, zdyszany zobaczyłem, że ramionami królowej wstrząsnął dreszcz, że jej oddech również zmienił rytm.}

/"Hiszpański smyczek" Andromeda Romano-Lax
tłum. Andrzej Wajs/

Mam jakąś słabość do lektur, filmów, fantazji na temat... 
splatających losy ludzi znanych z historii i bohaterów fikcyjnych.
Nie muszą być literackimi majstersztykami - ważne, że coś odkrywają, 
do czegoś inspirują i pozwalają snuć przypuszczenia do odniesień w rzeczywistości.

Gra bohatera książki, Feliu Anibala Delargo Domenecha, pozostaje w granicach mojej wyobraźni, ale Mischa Maisky gra tak, jak słychać, a moim zdaniem słychać pięknie. :-) 


_________________

I coś z innej... kobiałki. ;-)



[rys. A. Tylkowski]

Sezon truskawkowy w pełni, a ten rysunek taaaaki ładny, więc jak go tu nie wstawić. 
Niechaj będzie smacznie, kolorowo i przytulnie. ;-)


czwartek, 11 czerwca 2015

i po Burzy


O pełnej magicznych wibracji "Burzy" nie napisałam, a teraz myśli nieco wystygły. Ale cieszę się nieskrycie, że miałam okazję zobaczyć. I przeżyć - tak, właśnie przeżyć. 
To może chociaż kilka fotografii niezastąpionej Natalii Kabanow dla utrwalenia wrażeń.















[zdjęcia zaczerpnięte z http://culture.pl/]


Jedną z cenionych aktorek T[pl miałam okazję spotkać podczas podróży nocnym autobusem w ubiegłym roku. Okazała się niezwykle życzliwą osobą, która bezinteresownie wyciągnęła pomocną dłoń a i dobrych słów nie żałowała.  W pierwszym odruchu myślowym przybyło do głowy: nie, niemożliwe, to nie Ona (ciemno, bez teatralnego makijażu, no i aktorzy - wiadomo - nie parają się tak przyziemnymi sprawami jak złe samopoczucie obcego dziecka ;-)). Pewnie jechała do Warszawy na zdjęcia do jakiegoś serialu (teatr teatrem, a zarobić gdzieś trzeba ;-)).

I zaskakiwajka, czyli spotkanie znajomych osób - niezależnie kupowane bilety, nawet bez świadomości, że inni też idą, a miejsca w trzech kolejnych rzędach widowni, jedno za drugim. :-)



ostatnio czytane