sobota, 30 maja 2015

Słucham sobie...




Przyspawała się do mnie ta wersja utworu kilka miesięcy temu (po obejrzeniu "Sędziego" - "The Judge") i jakby innych już nie było... ;-)

czwartek, 28 maja 2015

na Szosie i nie tylko




>5:40, otwieram oczy, a tu jasno i słonecznie. Niemal w zachwyt wpadłam i już nawet rozesłałam wici, że dzień piękny, więc każdy stawić ma się z uśmiechem do podboju czwartku gotowy. Nie trwały jednak długo ani słoneczność, ani zachwyt, morale też osłabło, bo znowu chmury zasiniły niebo. 
Zapamiętać: nie chwal dnia przed 9:30.



>A teraz kilka zdań o "Szosie Wołokołamskiej", którą sobotniego popołudnia, we wrocławskim Teatrze Polskim, miałam okazję oglądać (i przeżywać). Nie znam dramatu, nie czytałam żadnych recenzji (opis, prawdopodobnie kiedyś tak, ale nie pamiętałam) i poszłam w ciemno (no, może mając blade pojęcie co to za szosa) wiedząc tylko, że chcę zobaczyć. 

Spektakl mnie poruszył, może nawet trochę mną wstrząsnął. Odebrałam go (nie wiem, czy słusznie ;-)) przede wszystkim jako pokazanie uwikłania człowieka - w wojnę, w struktury socjalizmu, w historię, w bezsens niezamierzony, może nawet w życie, jakie mu przypadło. Błędne koło, w które los (?) wrzucił człeka i z którego trudno się wyrwać, a już na pewno nie jest możliwe to bez szkody, bez ofiar. Zapętlenie i marionetkowość ludzkich działań. 

Spektakl mocny, głośny, rządzony słowami (trzeba było raczej się skupić i wsłuchać, bo inaczej sens mógł umknąć), chwilami może nawet surrealistyczny. Czasem wybuchowe, czasem powściągliwe emocje, absurd, wyczuwalna presja przy skromnej scenografii (ale wzbogaconej multimediami) dało efekt oszałamiający. Trzech aktorów (A. Cywka, A. Szczyszczaj, R. Kronenbereger - wszyscy znani mi z innych spektakli) miotało słowami, emocjami, dźwiękami... I metamorfozami zewnętrznymi - grali różne role i często przekreowanie w nową postać następowało na scenie (aktorzy się przebierali, wkraczał charakteryzator, zmieniał im fryzury etc.) Jestem pełna podziwu, bo choć było ich trzech, to w każdej ze skrajnych ról byli niezwykle wiarygodni a musieli bardzo płynnie przechodzić z jednej w drugą, w trzecią...

Bardziej artystyczne niż komercyjne przedstawienie, mówiąc potocznie. Mnie nie pozostawiło obojętną. A bardzo lubię po wyjściu z teatru czuć dłużej klimat, który stworzono, zastanawiać się na czymś, snuć myśli, doczytać informacje, gdy w uszach jeszcze dźwięczą uporczywie powtarzane w końcowej części słowa: i zapomnieć, i zapomnieć, i zapomnieć....




>We wtorek hybryda w postaci dziatwy szkolnej, dinozaurów, deszczu, wiatru, kierowcy-wrednego gbura przyprawiła mnie o silny ból głowy wieczorem. 


>A w sobotę muszę wziąć udział w czymś, w czym niekoniecznie chcę. Ale nikt nie chce, a ktoś musi, więc ja. Wynagrodzę to sobie wieczorną "Burzą"... :-) 



>A taki kolorowy obrazek przykuł mą uwagę dziś. 





[The messenger - Jessica Stride]


kolaż ;-)

Ileż to liter zbłąkanych wokół... ;-)




Taka zabawa z Poloną. :-)


środa, 20 maja 2015

~wsłuchuj się~



{Nagle z wrzawy życia wyodrębnia się melodia, z hałasu - muzyka, ten cudowny i gęsty destylat, w którym jest wszelki ziemski dźwięk i szmer, przefiltrowany i uszlachetniony jak w modlitwie grzech, jak odblask uśmiechu Erosa w taniutkim uśmiechu ulicznicy. Wszędzie słychać tylko hałas; lecz ty wsłuchuj się tylko w melodię.}
Sándor Márai
_______________________



Albo wieje. Albo pada. Albo to i to. 
Nie było okazji jeszcze nawet gdzieś w zieloność wylegnąć z nogami gołymi, by ich bladości ulżyć ;-) i napawać się ciepłem, i słonecznym blaskiem się cieszyć, i beztrosko sobie być. Przez chwilę. Przymknąć oczy i poleżeć stykając się tu i ówdzie lub poczytać kilka stron oświeconych promieniami słońca ;-), pograć do miłego zmęczenia, porozmawiać... sączyć chwilę. Takie niby nic, a jednak wielkie coś. 





Dni przydzielone doprawiać i ubarwiać trzeba. Choć jedne smakują lepiej (i wtedy wszystko się dzieje łatwiej i jakby samo), inne są przypalone lub surowe (i z mozołem trzeba je przeżu(y?)wać), to jednak są. Mają swoje własne momenty odrodzeń, swoje deszcze i słońca, swoje słodkości i gorycze, które w momencie trwania wydają się ostateczne... 
Przed nami teatralna sobota i ufam, że nic tych planów nie zniweczy. I niedziela zielonoświątkowa i moja. Oby wieloznacznie pogodna była! 



piątek, 15 maja 2015

~maj~maj~maj~maj~




____________________________


Maj mi mija. Zwinnie. 
A działo się sporo - schwytałam i skolekcjonowałam w majowy alfabet.


Achy i ochy codzienne
Bilety do teatru 
Co będzie jeszcze?
Deszcz kwiatów kasztanowca
Emocji moc
Falowanie między zachwytem a rozpaczą
Goście, goście
Herbaty pełne filiżanki
Idę, patrzę, słucham wącham, dotykam, smakuję, czuję
Jestem, czasem nie trzeba więcej
Konwalie kilkuokolicznościowe i bez okazji
Lekkość stawianego kroku o 'rok starszych' nóg 
Łzy wzruszeń i bezradności też
Małe znaki obecności tu i tam
Nowa Spiżarnia
Oznaki pamięci z różnych stron
Pozdrowienia na kartce od wrocławskiego Teatru Polskiego
Rodzinne, ciepłe, czułe spotkania, po długim niewidzeniu się
Słoneczne chwile 
Truskawki (smakujące truskawkami ;-))
Udało się kilka spraw, których dotknęłam
Wiersze A. Świrszczyńskiej
Zaskakujące, miłe upominki


[z: pinterest]