środa, 11 marca 2015

{et omnia vanitas}



Nabyłam wór granatów. Opakowanie nie najgorsze, z kokardą zieloną od nadziei. Tu i ówdzie wór się strzępi, nitki wystają, ale nie wybrzydzałam - wyprzedaż majowa była w '79. Rozradowana [czyt.: omamiona] otwieram, wyciągam zawartość i...
Szybko okazało się, że granat granatowi nierówny. Jedne z nich błyszczą i zdobią, lecz wciąż w nich chodzić się nie da, inne smakują słodko i soczyście, i szybko się kończą, a większość wybucha rujnując żmudnie upleciony życia żmut. Zniszczenia te różne bywają i nigdy nie wiadomo, kto i kiedy wyciągnie zawleczkę. Są jeszcze skalne Granaty - wspinaczka niełatwa, ale można przez chwilę popatrzeć na wszystko z góry. A pomiędzy tymi wszystkimi jest granat nieba przed burzą i ten, w którym mi nie do twarzy.

A trzeba było słuchać mądrości ludowej i nie kupować granatów w worku. Ale to w sumie przydział był. A targować się nie umiem.





{Czy to ma jakieś znaczenie?
Żadnego i ogromne,
jak wszystko.}

/Szczepan Twardoch/



środa, 4 marca 2015