czwartek, 26 lutego 2015

Mała i Duża


[rys. A. Tylkowski]


I ta moja Mała w porozumieniu z moją Dużą wybrały się wczoraj do kina na "Teorię wszystkiego". 


I dobrze im obu to zrobiło. 
Choć na chwilę.

poniedziałek, 23 lutego 2015

O audiodeskrypcji i nie tylko


Za mną intensywne warsztaty tworzenia audiodeskrypcji do wystaw. Czyli osiemnaście godzin twórczej radości. :-) Zainteresowałam się audiodeskrypcją w ubiegłym roku i wtedy uczestniczyłam w szkoleniu - tworzenie tejże do filmów. Oba warsztaty w ramach projektu "Islandia i Polska przeciw wykluczeniu z kultury" - zatem my pracujemy do dzieł islandzkich, a Islandczycy - do polskich. 
Audiodeskrypcja to, w dużym uproszczeniu, "oczy" niewidomego i ociemniałego (tylko oczy! żadnej analizy, interpretacji, wniosków, jedynie przekazanie tego, co widać, gdy się dokładnie czemuś przyjrzy, ale przekazanie w konkretny sposób). Są ścisłe wyznaczniki, standardy, których trzeba się trzymać, jeśli chcemy, by niewidomy, ociemniały lub niedowidzący mógł doświadczać sztuki wizualnej. Ale nie tylko sztuki, bo audiodeskrypcja jest już nie tylko do filmów, spektakli, oper, obrazów, rzeźb, ale także do przewodników po mieście. 

Trudno pojąć, jak to możliwe, że umiejętnie a czasem burzliwie (bo dyskusje nad jednym określeniem potrafią trwać kilkanaście minut) dobrane i ułożone słowa pomagają zobaczyć obraz niewidomym, a pomagają, o czym przekonałam się już kilkukrotnie. Nie do wiary, jak można poprowadzić wyobraźnię słowem. Jak dokładne i zgodne z obrazem może być to, co dzięki audiodeskrypcji niewidomi mogą  "zobaczyć". To dotyczy także rzeźb nieforemnych o najdziwniejszych kształtach. Niesamowite!
Nie można, oczywiście, założyć, że każdy niewidomy, który wysłucha, od razu będzie widział to w wyobraźni. Do tego też potrzeba pewnego przygotowania, treningu i wrażliwości. Ale przecież nawet dysponujący wszystkimi zmysłami nie wszystko widzą, czują, słyszą... 
Prowadzący - pani Basia i pan Tomek (zarazem prekursorzy i propagatorzy audiodeskrypcji w Polsce oraz rozwojowej edukacji niewidomych, także wizualnej, przypominający gdzie się da o prawach niepełnosprawnych etc.) są tak pełni radości życia i pasji, że chwilami można się zastanawiać, kto tu jest bardziej niepełnosprawny...

A na Adapterze są filmy z audiodeskrypcją (niekoniecznie z idealną, ale przez próby do celu). 

_______________

A z cyklu moje paranoje... 
Wybrała się fibula do sauny i wynudziła się tam potwornie i jęczała (w myślach), że ani książki, ani muzyki i w ogóle co to za przyjemność siedzieć, pocić się i patrzeć w kolorowe światełka w suficie. No to może do baseniku? A fuj!, woda śmierdzi chlorem i ja chyba w ogóle nie lubię takiej wody, takich basenów. Ja chcę pod prysznic! 
A miał być relaks.
_______________

A na osiedlu grasuje podpalacz... kontenerów na papierowe śmieci. Sobotniego wieczoru, po warsztatach, położyłam się wcześniej i około 22:30 obudziłam się, idę do kuchni a przez okno bije blask i jasność. Już przed odsłonięciem żaluzji nie miałam wątpliwości, że to nie światło latarki bądź latarni, ale ogień. Ogień budzi moją grozę, szczególnie jeśli od niego dzieli mnie pięciometrowa odległość utkana żywopłotem i drzewami, do których płomień już sięga. Straż przybyła, gasiła (przy pierwszych próbach ogień znacznie się wzmagał), obficie podlewając drzewa i krzewy i chlapiąc trochę w szybę kuchennego okna (parter).
Dziś zauważyłam, że to nie jedyny podpalony pojemnik na papier, choć ten podokienny aż się wtopił w podłoże. Może ktoś wyrzucił coś ważnego, co mogłoby się dostać w niepowołane ręce i nie pamięta do którego pojemnika, więc niszczy wszystkie? A może miał niezłą zabawę. :-(
_______________

Może oglądając "Idę" nie poświęciłam jej wystarczającej uwagi...



czwartek, 19 lutego 2015

{Coś mówi mi, że...}


Szczerbata rzeczywistość, 
trudno pogryźć czerstwe myśli. 

______________



______________


"Drach" - ACH! Przynajmniej po 200 stronach. ;-)
Bardzo mi odpowiada ta oszczędność i pewna dosłowność w opowiadaniu, poza tym uwielbiam przeplatańce czasowe. W tej narracji - wydawać by się mogło, oschłej - jest jakaś mądrość. Nie erudycja, ale taka głęboka i prosta (więc jakby zapomniana) mądrość. Czy można lepiej opowiedzieć takie historie niż z perspektywy ziemi właśnie? Kogoś/czegoś co jest jakby poza tym wszystkim a jednocześnie stanowi centrum? Może i można, ale mnie się podoba właśnie ta droga snucia historii. ;-) Taka niczego nie narzucająca, obojętna, jakby wobec ciągłości świata to wszystko nie znaczyło nic, jednocześnie znacząc bardzo wiele. 

I jeszcze całkiem interesująca Dwójkowa rozmowa ze Szczepanem Twardochem

______________

{ -W życiu każdego człowieka istnieje punkt zwrotny. Jest to chwila, kiedy człowiek musi sam siebie zaakceptować. Już nie chodzi o to, jakim się ma stać. Chodzi o to, jakim jest i jakim pozostanie. (...)
-A co się dzieje, jeśli człowiek nie rozpozna tego swojego... zwrotnego punktu? (...)
-Wtedy staje się takim jak większość ludzi. Bardzo nieliczni rozpoznają ten moment i wyciągają z niego wnioski.} 
/John Fowles "Mag"/

______________

A w sobotę ujrzałam zażółcone krokusami trawniki. :-)


czwartek, 12 lutego 2015

nigdy jak teraz


Tak mi się dziś przypomniała piosenka z dawnych lat. :-)



___________________


Słońce oplotło dookolność i od razu bardziej przychylna się zdaje (amplitudy temperatur ostatnio niemalże jak pomiędzy kriokomorą a sauną). Ptaki rozświergoliły się wiosennie. Na głowie mniej (bardzo dosłownie), bo za mną miły poranek w saloniku, który od 9 lat nawiedzam w potrzebie, oddaję włosy w dobre ręce i odpoczywam (miejsce to o ciepłym, przyjaznym klimacie; świece się palą, kawa pachnie, muzyka w tle, a pasja iskrzy spod nożyczek). Zjadłam pączka (tłusty czwartek!) z wiśnią oprószonego wiórkami białej czekolady  - smaczny był. Wymieniłam kilka rozświetlających oczy esesmesów. Nie, nie, to nie jest dzień bez problemów. To tylko takie przerywniki między guzami, operacjami, nieporozumieniami i wszystkim innym co dotyczy i dotyka Bliskich, więc i trochę mnie.

{(...) coś naprawdę było,
póki nie minęło,
nawet to, 
że jadłeś dziś kluski ze skwarkami.}
/W. Szymborska/


I coś, co też lubię od lat, choć sama nie wiem czemu. 






środa, 11 lutego 2015

a tak!




Dobrze, że można czasem razem pójść - po coś, gdzieś lub ot tak sobie. I dobrze, że jest z kim napić się herbaty, a od czasu do czasu sączyć porto, rozmawiając o tym, o tamtym, albo o niczym. I dobrze obejrzeć razem spektakl, koncert, film... i razem się zachwycić lub nie razem, lub nie zachwycić. Dobrze, że można czuć się swobodnie - wyglądać świetnie, gdy się tak chce i wyglądać tak, jak się czuje, nawet gdy się czuje źle. I dobrze, że serek wiejski jedno z nas lubi ze słodką, rzadką śmietanką, a drugie bardziej gęsty - zawsze ktoś jest zadowolony po otwarciu opakowania. I nawet dobrze, że czasem jakaś drobna irytacja oprószy codzienność. Dobrze, że nam nie ciasno obok siebie i nie duszno ze sobą. Dobrze, że jest 11 lutego. Wciąż "zajadam z zachwytem / swoją kromkę szczęścia."*

To może jeszcze
szczypta niejednoznaczności 
w odsłonie muzycznej. ;-)






_________________
*Anna Świrszczyńska

wtorek, 3 lutego 2015

niedziela, 1 lutego 2015

{Wystarczy po obudzeniu uśmiechnąć się otwartymi oczami, przeciągnąć się mocno, wstać i oddać się życiu.} Sonia Raduńska




Kiwi zajadam. Cierpkie jest, ale wcinam je dziś, podobnie jak miód, imbir, pigwę w ilościach znacznych. Przeziębienie uzurpuje cielesną część mnie. Przy okazji duch rozmamłany i myśli jakieś błędne (holizm człowieczy w takich sytuacjach mógłby ustąpić, a nie chce - przynajmniej ten w moim wydaniu).

I słucham. 


Bo ładne.

Styczeń minął (przed chwilą). Dobre nowiny splótł ze smutnymi, miłe zdarzenia z nieprzyjemnymi. Równowaga.
Wiórki radości wkładam między kartki kalendarza (te nieradosne same się pamiętają i moszczą sobie miejsce, nongraty!). Było wyjście do teatru z Mężulem. I do kina z Córą. I książki, które czyta się zachłannie a jednocześnie tak, by się za szybko nie kończyły. I zawitała do nas Życzliwa Dusza Pomocna. I było spotkanie przegadane z dawno nie widzianą A. I wiele cudnych spotkań w słowach pisanych. I rozmowy twarzą w twarz(e) - krótsze, dłuższe i przypadkowe zgadania się na niespodziewane tematy. I chwile codzienne, zatrzymane w dłuższym uścisku dłoni, muśnięciu policzka, uśmiechu w oczach, żartach. I mój sukces - obiektywnie mały, subiektywnie olbrzymi - przełamanie oporów wewnętrznych, zadawnionych, czyli chodzę na pilates, ba! nie tylko ćwiczę, ale jeszcze mi się to podoba! I udało się załatwić to, co należało (z przeszkodami, ale pomyślnie). I kilka Bliskich Osób rozpoczęło nowy rok życia. I były trzy dni, gdy słońce pieściło policzki... Choć czasem pewien smutek ogarnia, że wciąż muszą to być drobiazgi, to jest czym się cieszyć. 
Teraz czuję osłabienie, oczy mi łzawią, nosem pociągam - żyję.