środa, 30 grudnia 2015

W 2016 roku...



 … dobra, spełnienia, zdrowia i pąsów radości życzę. 

Wam i sobie. 



[Il. Mila Marquis]

_____________________



Były już, ale ja wówczas byłam w innym zakątku wirtualnego świata. A gdy dziś zastanawiałam się, czegóż winszować tak ogólnie na 2016 rok, to przypomniałam sobie o tych życzeniach i wstawiam je teraz. Oby się działo i spełniało pięknie!


 


 




366 dni (i kartek kalendarza) czeka na inspiracje, zachwyty, wydarzenia, spotkania, gesty życzliwości, spektakle, koncerty, działania, osiągnięcia, książki, puzzle, spacery, smaki, filmy, sukcesy, miłość, oczarowania, piękno, listy, spełnienia, bazgrołki, roje kreatywnych myśli... Zapewne pojawią się i nieproszone zdarzenia oraz nieoczekiwane chwile, oby jednak pomiędzy tym wszystkim udawało się wychwycić małe radości. 


_____________________





czwartek, 24 grudnia 2015

świętowanie


[plakat od My Pink Plum]


Cichy wieczór i czas dla siebie, radiowa Dwójka kolęduje w tle, świeże gałązki świerku pachną na parapecie przy biurku. Przytłaczające były dni przedświąteczne, ale jakoś się udaje odgrzebać radość życia (nawet, gdy - jak mawia Bohater - jedyną pociechą jest to, że inni też muszą żyć).

Grudniowe dni ciepłe, nawet gdy chmurne. Jest zima astronomiczna, jest kalendarzowa, tej prawdziwej na razie nie widać. Osobiście nie rozpaczam, ja nie z tych, co jej potrzebują. 
A wigilia miła była, w najnajbliższym gronie, z kolędami, śpiewem, graniem, wierszami, białym obrusem, tradycyjnymi potrawami, siankiem, opłatkiem, choinką, (u)śmiechem... 

Jest czas wspólny i czas osobisty. :-)


Kartki z życzeniami docierają, i list z zaskakującą wieścią, która cieszy. I kilka zdań w mejlu, w jednym, w drugim - takie małe wygładzacze bruku.


I niespodziewajka - urocze, choć króciutkie spotkanie sprzed dwóch dni - Gość z sernikiem zamiast opłatka (fotka niezbyt wyraźna, ale sernik wyjątkowy nie tylko ze względu na smak).  


Na święta kilka filmów wypożyczonych. I kilka książek. I kilka wywiadów. 


To może jeszcze Ella. Wyłączmy (pstryk!) codzienność, podarujmy sobie piękne Święta! 




sobota, 12 grudnia 2015

mozół, mój towarzysz


W listopadzie trzy wieczory sponsorował nam Parlament Europejski. Zaprosili nas do kina, więc chętnie skorzystaliśmy (podobnie jak dwa lata temu). Wieczór (każdy z trzech) wyglądał tak: najpierw film, następnie dyskusja (burzliwa raczej), a potem smaczne przekąski i takież napoje. Zatem nawet, gdyby film nie trafił w gust, można się wyżyć  na nim słownie lub przynajmniej pocieszać się myślą, że kolacja z głowy. ;-) 



Jaka jest idea LUX Film Prize? Przede wszystkim promować kino europejskie poruszające ważne problemy społeczne i mobilizować do debat. A także wybrać i zaprezentować w dwudziestu ośmiu krajach trzy filmy i następnie nagrodzić jeden z nich (i ten promować jeszcze bardziej - język migowy, audiodeskrypcja). 
Tegoroczne nominacje:
  •  "Mustang" - pięć sióstr z tureckiej prowincji, o których losie decydują babcia i wujek - tak, tak w XXI wieku, w Europie takie rzeczy jak wstawianie krat w oknach, wzmacnianie ogrodzeń, zakaz chodzenia do szkoły i przymusowy ślub z raz widzianym mężczyzną - a może jednak to lepsze niż lubiący dziewczynki wujek... Reżyserka podobno wykorzystała wiele prawdziwych sytuacji z życia własnego bądź znajomych. 
  • "Mediterranea" - nielegalna imigracja Afrykańczyków do "lepszego", europejskiego świata, w którym żyje się tak, iż trudy pokonania pełnej zasadzek pustyni czy morza na pontonie, okazują się  małym pikusiem. Film nawiązuje również do zamieszek w Rosarno zwanych "pierwszą wojną etniczną", o których reżyser robił wcześniej dokument (główny aktor gra sam siebie).
  • "Urok / lekcja" - w skrócie o tym, jak to sploty codzienne prowadzą do..., czyli uczciwa nauczycielka, która podnosi z ziemi papierki, stara się, by klasowy złodziej poniósł karę etc. znajduje się w sytuacji beznadziejnej a każde działanie popycha tylko koło niepowodzeń. Choć obiektywnie najmniej ckliwy, mnie chyba właśnie ten najbardziej poruszył. 
Nie są to filmy, które bym chciała oglądać kilka razy, ale uważam, że raz zobaczyć warto, a może nawet trzeba, jeśli okazja się nadarzy. 

____________________________

Siedzę, myślę, notuję i próbuję się przemóc. 
Z mozołem.
Ostatnio nawet siedzenie. 


[Tak maluje Denis Chiasson

____________________________


Nowy lek, od Matkijedynej (Matkojedynej?), na wszelkie dolegliwości.
Tylko dla dorosłych! ;-)


No to chyba trzeba wziąć. 

I iść układać puzzle - relaksują mnie jak mało co i frajda przy tym niemała.



sobota, 7 listopada 2015

zakochani w Saharze



Ten wpis zaczął się od mojego kilkusłowu: pUSTyniA spragnione wody. Był on (kilkusłów) spontaniczną odpowiedzią na konkursowe pytanie o skojarzenia z pustynią a tym samym przepustką do kina (nie, nie na Bonda ;-)). A może zaczął się jeszcze wcześniej, gdy zobaczyłam, jaki będzie w tym miesiącu temat, wspominanej już kiedyś przeze mnie akcji Zaczytani w kinie, i gdy uświadomiłam sobie, że w sumie nic na temat Sahary Zachodniej i tragedii, które się tam rozgrywają nie wiem? Zresztą mniej istotne jaki był początek, ważniejsze - dokąd zaprowadzi (i czy w ogóle gdzieś). 

Poszliśmy (dwójca z naszej ziemskiej trójcy) na spotkanie z Bartkiem Sabelą i Hamzą Lakhalem oraz na pokaz filmu dokumentalnego pt. "Synowie chmur - ostatnia kolonia". Bartek to autor "Wszystkich ziaren piasku", a Hamza to jeden z bohaterów książki. Polak i Saharyjczyk, reporter i poeta, przyjaciele.

Mija właśnie 40 rocznica zielonego marszu, zwanego przez Saharyjczyków czarnym (król Maroka przekonał swoich podwładnych, że te ziemie Sahary Zachodniej należą do nich, więc tłumnie, całymi rodzinami maszerowali, by się osiedlić, Hiszpanie zrezygnowali z interwencji zbrojnej wobec marokańskich cywilów i odstąpili "swoją" część pustyni Maroku - taki oryginalny rodzaj dekolonizacji). Czterdzieści lat walki zbrojnej i niezbrojnej o podstawowe prawa, o swoją ukochaną ziemię. 2500 km wysokiego, pilnie strzeżonego przez marokańską policję muru, zbrojne oddziały co krok a za murem tysiące min. Dziesięciolecia ogólnego przyzwolenia, a nawet wspierania, takiej sytuacji przez europejskie i amerykańskie kraje. Bez poszanowania praw człowieka, ale z marokańską flagą przy siedzibie ONZ i brutalnym reżimem etc.
Ktoś ma ochotę wybrać się do Maroka na wakacje? - zapytał Bartek Sabela po projekcji filmu, a ja powtarzam za nim.

Oszałamiające jest przywiązanie Saharyjczyków do tego piasku_aż_po_horyzont. Mimo wszystkich niewygód i niebezpieczeństw jakie ze sobą niesie, kochają to miejsce, kochają pustynię. Wracają tam nawet, gdy skończą studia, bo to ich miejsce. I zadziwia też ich niezłomna wiara, że znowu będą mogli - jak dawniej - podążać za chmurami ze swoimi kozami i wielbłądami. 
A tymczasem gdzie im lepiej? W okupowanych miastach czy w obozach uchodźców? Żyć w mieście, ale pod ciągłą, agresywną kontrolą czy na wolności, ale w fatalnych warunkach? Walczyć i ginąć czy czekać w obozie wierząc, że świat wreszcie nie będzie rozmyślnie przymykać na to oczu?  Dodam, że w obozach - jak wynikało z opowieści B. Sabeli - mimo trudnych warunków, wszystko jest świetnie zorganizowane, szkoła jest obowiązkowa, są prowizoryczne szpitale, jest tworzona sztuka (malunki na ścianach, wiatrakowe instalacje z beczek po benzynie), prowadzona jest nawet szkoła dla niepełnosprawnych. I to w znacznym stopniu zasługa tamtejszych kobiet, które pierwsze uciekły z okupowanego kraju i same przystosowały do życia, od podstaw to obozowe miejsce - stawiając namioty, lepiąc cegły i tworząc struktury działania i współpracy.

I jest coś jeszcze. Herbata. Rytuał jej parzenia i wspólnego picia. Skracanie czekania (na wodę, na pożywienie, na noc w upalny dzień, na to, że coś się poprawi). Kropla normalności w nienormalnej rzeczywistości.

Na jedno z pytań z sali: jak pomóc, tj. gdzie wpłacać? H. Lakhalem odparł, że nie chcą pieniędzy (co pewnie nie znaczy, że nie są potrzebne), bo pieniądze zapewni im ich ziemia... gdy ją odzyskają. A by ją odzyskali, świat nie może być niemy. Sprawę nieco nagłośnił i trochę wywalczył Javier Bardem z kooperantami (warto obejrzeć film "Synowie chmur", gdy będzie taka okazja). Ale wciąż przymyka  się oczy na nieszczęście saharyjskich nomadów. Mówi się o zamieszkach w różnych częściach świata, o zabijaniu zwierząt, a o tym się głównie milczy. Milczy od 40 lat. A jak bezczelnie powiedział w filmie jeden z francuskich polityków: nikt o tym nie mówi, więc problemu nie ma, gdyby problem był, to by o tym mówiono [sic!]. I smutna, choć oczywista, konkluzja - wszędzie i wszystkim rządzi polityka. I pieniądze. A może to jedno i to samo?


Obejrzałam, posłuchałam. I co? Wiem. I tyle. No to się podzielę, bo może ktoś, kto tu - przypadkiem czy nie - zajrzy, nie wie, nie słyszał. Może się zainteresuje. Może będzie w stanie zdziałać więcej. Że mamy bliżej własne problemy? Mamy, każdy swoje i sporo wspólnych. Ale wasze, nasze, ich to przecież po protu: ludzkie.




niedziela, 1 listopada 2015

coś z sieci, coś od siebie



Jednak pisać, pisać mi trzeba. ;-) Wyjść z kokonu podmokniętego. Stąpać, tu i tam. Notować, choć czasem, myśli, wrażenia, zdarzenia. Bo się dzieje, coś, dnia każdego. I nieważne co, ważne ile to zmieni, co poruszy, jakie refleksje wzbudzi, jakim działaniom nada bieg. Zbieram się w sobie. 





Początek listopada to - przy całej banalności tego stwierdzenia - w Polsce dni szczególne. Jednoczące, bliskich i odległych, tych stąd i tych, co już nie tu. To czas światła, nadzieją podsycanego, że przydatne, że nie tylko po to, by płytę nagrobną ogrzewać. To spór o dziady, halołiny, wszystkich świętych i wszystkich zmarłych. Temat śmierci jest żywy szczególnie na przełomie dwóch pełnojesiennych miesięcy. Ale nie tylko na temat umierania trafiłam sobotniego wieczoru, nie tylko to wygrzebałam z sieci. Zatem teraz, na wzór dawnych prasówek - sieciówka:

  • Kilka słów od Jarosława Iwaszkiewicza: {A potem przyjdzie śmierć: wszystko rozwiązując niczego nie wyjaśni.} Takie kilka, że więcej nie trzeba. Więcej niech się w głowie tworzy, myśli i rozrasta, jeśli potrzebuje.
  • I taka fotografia od Adama Wawrzyniaka (znaleziona tu.)





A i miałam przytoczyć coś z rozpoczętych wczoraj "Wielorybów i ciem", ale nie umiem wybrać, za dużo bym chciała przepisać, za bliski mi jakoś dziś Szczepan Twardoch z całym koheletyzmem jego zapisków. 
A niedawno skończyłam czytać "Córkę papieża" D. Fo. Nie zachwyciłam się formą, ale uważam, że warto po tę książkę sięgnąć, choćby po to, by skonfrontować  z własną na temat Lukrecji Borgii niewiedzą.




sobota, 10 października 2015

Bo lubię.


W słotne dni nastrój poprawiają uwielbiane przeze mnie kanapki z figą. :-)



_________________



I więcej.

________________

{Co miało początek, będzie miało swój kres.
Tylko to, co było
przed Wielkim Wybuchem
nie mieści się w żadnych

ludzkich ani nieludzkich
wymiarach.}

Ryszard Krynicki

piątek, 9 października 2015

jesienne rękoczyny ;-)


Takie oto dzieło powstało podczas wczorajszego spaceru. 



^kooperacja: Natura & Córa
^pomoc w gromadzeniu jesiennych płodów: fibula 

wtorek, 29 września 2015

Uff


Idę sobie dokądś. U zbiegu dwóch ulic siedzi - w stroju co najmniej niechlujnym - pan bez nóg, wymachuje banknotem pięćdziesięciozłotowym i prosi, by kupić mu papierosy. Waham się, ale jemu zdecydowanie trudniej dotrzeć do sklepu niż mi, więc pytam jakie papierosy, dostaję pieniądze i niemal pełną paczkę papierosów z prośbą, by kupić właśnie takie. Wzięłam, kupiłam (jako niepaląca i otoczona niepalącymi, doznałam lekkiego szoku, patrząc na ceny papierosów - że też ludzi na to stać), oddałam resztę, paragon, pan podziękował, schował pieniądze nawet nie zerkając, ile mu oddałam. Czy to skomplikowana sytuacja wymusza takie beztroskie zaufanie? Wiara w uczciwość ("ludzie uczynni, w sercach niewinni"*)? Brak innego wyjścia? Równie dobrze mogłam wziąć banknot i wykorzystać go na własne przyjemności (mogłabym hipotetycznie, bo wiem, że w gruncie rzeczy na pewno bym nie mogła - nie, nie żadna ze mnie samarytanka, że tak sobie małą literą zarchetypizuję, bo zaraz pobiegłam do pobliskiego centrum handlowego umyć ręce po obcym dotyku). Szłam dalej i myślałam (nie pierwszy raz zresztą ;-)) o ufności. O tym zaufaniu, którym codziennie - niemal bezwiednie - tak hojnie innych obdarzamy. Nie tylko najbliższych nam ludzi - ta ufność ma bardziej świadome podłoże, ale kierowcę autobusu (że nas dowiezie bezpiecznie do celu), lekarza (że postawi właściwą diagnozę i pomoże), sprzedawcę miodu (że to rzeczywiście malinowy miód), listonosza, montera, farmaceutę, producenta zabawek, rykszarza... Nie tylko ludzi, ale za ich pośrednictwem też instytucje, wymiary (nie)sprawiedliwości i różne inne organa. Wychodzi na to, że przez większość dnia nic innego nie robię tylko ufam. Uff. ;-)


______________________________

Mój jesienny pakiet wieczorny: ciepłe skarpety, "Jabłko Olgi, stopy Dawida" i  szarlotka. ;-) 




Dziś Ogólnopolski Dzień Głośnego Czytania i Międzynarodowy Dzień Kawy - świętujmy! :-)


[Mariusz Gosławski - Ostrów Tumski kawą malowany]



__________________________
* Jak pisał G. Tomczyk a śpiewało wielu


piątek, 25 września 2015

sobota, 19 września 2015

tea book tag





Napomknie człowiek tu czy ówdzie, że pija herbatę i czytuje książki i zastawi na siebie pułapkę. Niby to takie niewinne, a wpadłam w rozczytanej Owcy sidła. Wyznaczyła mnie do odpowiedzi na pytania, do których wcześniej sama została wezwana. 
Postaram się dopisać zatem coś od siebie. Hic et nunc ;-), bo zwłoka ma to do siebie, że często przekształca się w nigdy (... że pozwolę sobie takim quasiaforyzmem zakończyć wstęp). 






Czarna herbata, czyli Twój ulubiony klasyk

Dawno to było, ale lubiłam czytać W. Szekspira w Barańczakowym przekładzie.





Zielona herbata, czyli książka tak nudna, że przy jej czytaniu zasypiaszz

Zasypiam przy czytaniu, owszem. Choćby najciekawsza książka, w najbardziej intrygującym momencie, choć chęci czytelnicze wydają się być przemożne, to zmęczenie (i pewnie niskie ciśnienie, iktowiecojeszcze) pokonują mnie. Gloria victis albo victims. A książek nudnych po prostu nie czytam. Jeśli już na taką trafię, to porzucam. Szkoda mi na nie czasu, wolę znaleźć coś, czego lektura sprawi mi przyjemność tudzież/bądź będzie posiadać inne różne walory. Może kiedyś do nich wrócę, może w innym punkcie życia, spojrzę na nie inaczej...  



Czerwona herbata pu-erh, 
czyli książka, której bohaterowie ciągle się przemieszczają

Jeśli chodzi o powieści drogi, to ja tak z oporem do nich podchodzę. Ale przemieszczanie różnie rozumieć można, to też ucieczka, niekoniecznie dosłowna. A pierwszą postacią literacką uciekającą (ale nie ściganą), która przychodzi mi na myśl jest bohater "Ostatniego rozdania" Wiesława Myśliwskiego.
Pu-erh to herbata, której nie znoszę, ale "Ostanie rozdanie" uwielbiam i smakuję każde zdanie. Za każdym razem.



OOlong, czyli książka, której poświęca się zbyt mało uwagi

Ujęłabym to zagadnienie bardziej ogólnie. Poezja, zbyt mało uwagi poświęca się poezji.





Biała herbata, czyli książka niezasłużenie popularna

Przychodzi mi na myśl całkiem sporo tytułów, ale w sumie żadnej z tych książek nie czytałam, nie powinnam się więc wypowiadać. Zwykle kartkuję i przeglądam książkę, nim ją wypożyczę czy kupię. Poza tym mam chyba bardzo liberalny stosunek do wyborów innych czytelników. No i nie czytam aż tak dużo... Nie, jednak dodam swoje trzy grosze, ponownie generalizując. Myślę, że niezasłużenie popularne są książki napisane przez gwiazdorów (najczęściej sezonowych). Przy czym, pisząc: gwiazdor nie mam na myśli kolędnika i regionalnego rozdawacza bożonarodzeniowych upominków, ale osobę, która gwiazdorzy. 




Yerba mate, czyli książka, przy której trzeba przebrnąć przez pierwsze rozdziały, aby akcja się rozwinęła

Z niedawno czytanych to chyba będzie "Cisza w Pradze" J. Rudisa. Ale wiem, że książka ma wielu sympatyków, więc może to moje oczekiwania zmąciły odbiór.




Herbatka ziołowa, czyli książka, którą czytano ci na dobranoc, gdy byłaś mała

Baśnie. Mniej i bardziej straszne. Popularne i nieznane. Najbardziej lubiłam te kazachskie, rumuńskie, mołdawskie, ormiańskie, gruzińskie... 




Herbatka owocowa, czyli Twoja ulubiona lekka książka 

Hmm... Może "Loteria" P. Wood. Albo "Grandhotel" J. Rudisa. Lub "Przygoda fryzjera damskiego" E. Mendozy.





Iced tea, czyli książka, która zmroziła ci krew w żyłach

Niezmiennie mrozi mi krew w żyłach człowiek i jego czyny. Wszystko, co ludzie ludziom zgotowali. Gdy czytam reportaże W. Tochmana czy - choćby z nie tak odległych lektur - "Uśpiony głos" D. Chacõn, "Marzenie Celta" M. Vargasa Llosy, "Głosy Pamano" J. Cabrego... Czy przeczytana w poprzedni weekend "Mała zagłada" Anny Janko. Wszystko niby już znane, opisane na tysiące sposobów, a i tak niezmiennie przeraża mnie, smuci i truchleję cała.  







Najchętniej do dalszej zabawy zaprosiłabym tych, którzy sami zechcą wziąć udział. Ale wiem, że jak się w oczy głęboko nie spojrzy i nie wywoła, to może nikt nie zechcieć. ;-) Tea book tag trochę dziwnym mi się zdał (pewnie mam inne skojarzenia herbaciano-książkowe), ale przecież chodzi o zabawę. Ja spędziłam miło czas. Zatem bez przymusu, ale zapraszam: Beatę, GosięJulię, Lewkonię, MargarithesSunrise, Zieloną Natkę, 5000lib i Ciebie (tak, Ciebie). :-)







PS Herbatę (earl grey) piłam wypisując powyższe dyrdymały, ale do zilustrowania bardzo subiektywnie i niekoniecznie na temat wybrałam wlepki serwowane przez T[pl. Skoro są książki, jest herbata, to musi być i teatr! :-)



piątek, 28 sierpnia 2015

Goździk...




Smutny był, podobno, i/bo samotny. To przygarnęłam. Z radością. 

Jakaż przekorna jego natura!
Upokorzony przez własny kult, wciąż trwa. :-)
I jaki powabny być potrafi.


 {Umiejętność Trwania jest warunkiem przetrwania.} 
A. Poniedzielski



wtorek, 25 sierpnia 2015

wakacyjny wek ;-)


Wstałam. Ciemno, za chwilę zacznie padać deszcz, dywan z liści przykrywa ziemię, po zielonej trawie ani śladu... Słoneczne lato i intensywne wichury, które przetrzebiły zieloności wrocławskie, przyspieszają jesień. Jesień?! A ja nie zawekowałam dobrych wspomnień. O, tak być nie może! Czym ja się będę żywić w czas słonecznego niedosytu, w czas ciemności całodobowych i zimnego zimna, brrr? Pospiesznie zjadłam tosty z tuńczykiem i sałatą i zabieram się za konserwowanie wakacyjnych, pogodnych dni. 

Co się działo? Gdzie się było? Odświeżane pamięci, kartowanie kalendarza, zrzucanie zdjęć z aparatu i zapisywanie w jednym miejscu, czyli tu.


Ostatnio się przeczytało niewiele ("Nocny pociąg do Lizbony" P. Merciera  i "Krzesło do krępowania" K. Harrison) i było to czytanie z doskoków, w najróżniejszych miejscach.

Się było w kinie na... "Minionkach" i "Małym Księciu" - tak raczej przymusowo, z Córą, bo - chyba już jestem za stara aaaa!!! - raczej męczyłam się na tych filmach. 

Się było w teatrze na interesującym spektaklu "Inni, czyli wszyscy" wieńczącym świetny projekt "Lato w teatrze"

Poznało się kilka zakątków wrocławskich, do których wcześniej zajrzeć się nie udało, jak choćby parkowe Muzeum Sztuki Cmentarnej, a na te znane patrzyło się inaczej. 


I były spotkania, wyjątkowe, radość niosące. Z Duszą Bliską, choć zza oceanu, poznaną na blogu właśnie. 


I drugie - z Duszą Pokrewną nie widzianą kilkanaście lat (a jakby wczoraj). Oba naturalne, sycące, pełne i piękne, takie, że na samo wspomnienie serducho się śmieje.


I się pojechało w strony rodzinne na trzy tygodnie. I się leniuchowało na podwórku, pod orzechami. Zrywało się warzywa w ogrodzie (mimo suszy, coś tam udało się ocalić - szpinak trzymał się najdzielniej), wdychało się zapach znanych (a jednak już innych) miejsc, spotykało się z krewnymi i z niekrewnymi. Się rozmawiało, się wspominało, się było. 


Na wczasy się nie zapowiadało, ale były wywczasy. :-) Postanowiliśmy odwiedzić miejsca nieodległe, a warte uwagi. Wsiadaliśmy rano w pociąg i jechaliśmy tu i tam, by zobaczyć to i owo i wrócić w nocy. Było więc zwiedzanie, odkrywanie, podpatrywanie... Intensywne, do bólu trzech par nóg (no dobrze, głównie dwóch par), ale ku wieeelkiej uciesze. Bo razem, bo gdzie indziej, bo ciekawie, bo pięknie. 


No to może do Szklarskiej Poręby? Nad piękny Wodospad Kamieńczyka (843m n.p.m.) - według legendy powstały z łez siedmiu rusałek; znany dotychczas Córze z ekranizacji "Księcia Kaspiana", Mężulkowi znany z widzenia, a mnie nieznany wcale. I dalej, na Halę Szrenicką (1200m n.p.m.). Tup, tup, z mozołem, w upale, który  nie był aż tak dokuczliwy, bo to miejsca w większości zacienione, ale jednak był. Córa już się chciała poddać i wracać, szczególnie gdy znikąd pojawiła się burza - za wysoko, by schodzić, za nisko, by się schronić w schronisku. Ale gdy burza zaczęła posuwać się w dół, Córa, mimo wielkiego zmęczenia, zdecydowała, że idziemy w górę. Widoki i możliwość odsapnięcia zrekompensowały wysiłki. 


To może teraz do Kłodzka? Wcześniej byliśmy tam tylko na dworcu PKP podczas przesiadki i nawet nie widzieliśmy miasta. A ono urokliwe jest bardzo. Tu już kilka fotek pstryknęłam. Są jakie są, ale są. O!

Mnóstwo fikuśnych kamienic. Imponujące kościoły. Piękny ratusz. I kolumna wotywna NMP na pl. Chrobrego.












Urokliwy gotycki most św. Jana z barokowymi rzeźbami. 






No i Twierdza Kłodzko - miejsce absolutnie niesamowite. Z potężną częścią górną jak i niziutkimi (miejscami poniżej 90 cm), ciasnymi korytarzami minerskimi. Robi ogromne (nie tylko ze względu na 32 ha, które zajmuje) wrażenie nawet dziś. Widok na Kotlinę Kłodzką wyjątkowy. 






Żył sobie w Kłodzku pan, Filipkiem zwany. Przepowiadał przyszłość. Nikt mu jednak nie wierzył, gdy mówił: "Gdy się spotkają trzy siódemki, wilk się wody napije". Do dnia 7.07.1997, gdy podczas powodzi, woda sięgała do jęzora tego wilka właśnie.





A teraz gdzie? Do pięknej Jeleniej Góry, na zajmujące zwiedzanie miasta z cudnymi kamieniczkami, wieżyczkami, arkadami, kościołami, deptakami, lapidarium... i na spacer Doliną Bobru do schroniska Perła Zachodu.























O, i takie to były przyjemne przyczyny mojej blogowej absencji. 







ostatnio czytane