czwartek, 29 listopada 2018

{I cokolwiek uczynię, zamieni się na zawsze w to, co uczyniłam.} W. Szymborska



Mijam sobie w listopadzie drzewa (ich nag(ł)a rosochatość razi w oczy).
Mijam opatulonych ludzi (ziąb wszystkich jakby przykulił, przygniótł).
Mijam rozpędzone pośpiechem kierowców (niezależnie od listopada) samochody.
Mijam budynki (nagle jakby brzydsze i z ponurą zawartością).
Mijam, sobie i innym.
Niby nic a wszystko.

Niosę sobie w listopadzie kalendarz (koniecznie dzień na stronie)
pełen ważnych-nieważnych notatek z jedenastu miesięcy.
Niosę czapkę (w torbie lub na głowie) i zakupy (w torbie).
Niosę książkę (bo zawsze się przyda) i krem do rąk (bo też).
Niosę myśli codzienne (kupić chleb, wysłać wiadomość), ciężkie (troski mają własną wagę) 
i ulotne (jakiś ty piękny! - na widok dzięcioła zielonego w centrum miasta, pół kroku ode mnie).
Niosę błysk w oku (czasem).
Niby nic a wszystko.

Żyję sobie w listopadzie (zwyczajnie-niezwyczajnie).
Żyję tu (trochę jak trzeba, trochę po swojemu).
Żyję, bo (jestem i jestem, bo) żyję.
Czy jednak cała żyjesz i czy to wystarcza - zagadnęła mnie ostatnio Szymborska.
Memento vivi! - wykrzyknął Bieńczyk (oczywistość!, 
a było to jak uderzenie szarej małpy u Murakamiego).
Więc żyję (jako tako bądź rozmaicie).
Varia tkam codziennie.







poniedziałek, 15 października 2018

Fotografia, która przenika

Sebastião Salgado. Pewnie nawet jeśli nie każdy kojarzy to nazwisko, to większość widziała jego fotografie. A jeśli nie, to trzeba to jak najszybciej (choć niespiesznie) nadrobić.
Podczas Festiwalu Podróżników National Geographic obejrzeliśmy całorodzinnie dwa filmy: "Więcej niż miód" oraz "Sól ziemi". Oba warto zobaczyć, ale ten drugi - trzeba. Tak, wytrzepie, wytarmosi, porozrzuca to, co wewnętrznie jakoś sobie poukładaliśmy. Tak, mamy pewną świadomość zdarzeń i poczynań, ale nie zaszkodzi sobie przypomnieć lub spojrzeć z innej strony. Tak, moja Dwunastolatka chwilami nie była zachwycona, pewnie nawet była wstrząśnięta i stwierdziła, że jednak przyjemniej (przyjemniej, nie lepiej) było nie wiedzieć. Tak, oczy mi się zaszkliły nie raz i nie dwa. I tak, wróciliśmy do domu i do swojej codzienności; można rzec: nic się drastycznie nie zmieniło, ale jednak coś wibruje - może w jednym działaniu utwierdzi, inne ukierunkuje, może na nic szczególnie nie wpłynie, ale na pewno zostanie w nas.










[fotografie stąd]






czwartek, 4 października 2018

w głowie gra...


Renée Fleming



Coraz chudsze pęczki natki pietruszki, szorstka skóra dłoni nieczuła na żadne dowitaminizowanie czy maściowanie, gorący earl grey w ulubionym kubku... [a nie! to akurat zawsze i wszędzie], przechodzenie na drugą stronę ulicy, by trafić w plamę słońca na chodniku, szelest lub chlupot pod stopami, płomień świecy ku radości
Czyli jesień.

Sumi Jo 

 




czwartek, 26 lipca 2018

słowa, słowa


Oto Tajga.
  
 

___________

DoStrzec.

DoCenić.

DoByć.




sobota, 30 czerwca 2018

wąsy


Ktoś czytał przede mną dwie książki Ferrante, jedną Hustvedt i jedną Mariasa (egzemplarze biblioteczne); zdaje się, że jedna i ta sama osoba - choć grafologiem nie jestem - gdyż wszystkie podobnie oznakowała. O ile jeszcze jestem w stanie znieść te pytajniki, wykrzykniki i zapiski na marginesach, o tyle te grube, niechlujnie niedyskretne podkreślenia w tekście tak mnie irytują i utrudniają czytanie (wiem, odchył), że mam ochotę pójść do biblioteki i po dobroci lub siłą uzyskać informację, kto czytał te wszystkie książki wcześniej (i nie poprzestać na pójściu do biblioteki). Jako że zwykle szukam wyjaśnień dla różnych głupot (i mądrości) ludzkich, zaczęłam się zastanawiać, czemu ów/owa niechętnie korzysta z karteczek / niteczek bądź innych znaczników, a może wspomniane książki były własnością tej osoby i oddała je bibliotece, a ja się czepiam, hę?, ale takie zwykle ozdabia pieczęć "dar czytelnika", a w tych egzemplarzach jej brak. We wspomnianych podkreślonych (czytaj: pomazanych) fragmentach nie potrafię się doszukać wartości uniwersalnej, więc znaczenie ma to chyba tylko dla tamtej osoby / tamtych osób. Lubię dbać o książki (nie zaginam stron, potrafię obłożyć nawet te wypożyczone, gdyż książki noszę w torbie wraz z innymi niezbędnikami i nie chce ich narażać niepotrzebne starcia ;-)), nie mam nic przeciwko zaznaczaniu (a nawet rysowaniu, rzeźbieniu etc.) w książkach, pod warunkiem, że to własność prywatna zaznaczającego (może mi się to nie podobać, ale nic mi do tego), ale liczne prywatne notatki w książce z biblioteki to chyba wanDalizm...


piątek, 25 maja 2018

zapiski majowe





Jest taka ulica (niejedna, zapewne), gdzie gwar rozmów i śmiechu tętniących życiem restauracji styka się z grobową ciszą zakładów pogrzebowych (jedne i drugie liczne i przyuliczne). Z jednej strony, normalny świat: ot, życie obok śmierci, śmierć obok życia, z drugiej - zawsze, gdy tamtędy idę, mam poczucie jakiejś, zupełnie niezawinionej, nieczułości śmiejących się wobec płaczących. 
A tylko przędna nić (czyja dłuższa?) między nimi.

Spotkałam wczoraj Pana Srebrzystego; z niezwykłą pieczołowitością rozwieszał (wcześniej wygładziwszy) brudne koszulki pod arkadą. Niestrudzenie tworzy swoje ekspozycje - oto sztuka życia.
Czy życzyć sobie i innym wokół takiej sumienności, zastanawiam się...

WioSenność powieki moje klei*  i nie udaje mi się czytać (na przykład); wieczorem wystarczy, że usiądę a zaraz śpię. Czasem więc czytam na stojąco; jakoś sobie trzeba radzić. ;-)

Zmieniła mi się trochę perspektywa patrzenia (przez okno) i ładna jest. 
Albo po prostu ją lubię.

Odkryłam niedawno pewien typ człowieka: profan-bufon. 
Mogłabym szczegółowo badać przypadki, ale nobla za to nie będzie a szkodliwość dla zdrowia duża. Od dawna występuje on (całkiem licznie) w społeczeństwie; niełatwo się ulatnia, ale wszędzie go pełno - ot, paradoks natury ludzkiej.

Znaczniki majowe: wygodne buty, frappuccino, ciepły od słońca koc, szparagi, dobre rozmowy, konwalie, życzenia, zieleni rozkwit, Cabré (no dobrze, jedna strona na razie, ale już wiem, że tęskniłam), błękit nieba, pudełka (duuużo), chłodnik i młode ziemniaki, spotkania, truskawki, kwiaty…

Gę, gę - uciesznej gry!



[Charles Schulz]


_______________
* Leopold Staff  

wtorek, 27 marca 2018

Prawdopodobnie o zmierzchu


Dzień. Dobry? A to się okaże, ale zawsze warto spróbować wejść weń tanecznym krokiem. Bo po co innym (prawdopodobnie powiedziałby Lem).

Przesunięto mi zmierzch, ten moment, gdy przeżycie można pomylić z przeczuciem*. Jeśli nawet w dobrą stronę (gorzej z porankiem), to czuję pewien dyskomfort, że coś rządzi moim czasem, mną w czasie; kolejne przypomnienie o niemojejwoli
Zmierzchać - prawdopodobnie nie lubię tego słowa, chociaż: nie!, to tylko po prostu słowo, pomaga dać czemuś wyraz. Ładne w sumie - mocne zmierz wyciszone, osłabionym przez ce, ha. 
Zatem, prawdopodobnie, nie lubię jego znaczenia, tego, że zapowiedzią ciemności jest, że przynosi czemuś kres. Słowo jak słowo, zjawisko jak zjawisko - niby neutralne, ale mało kto myśli o zmierzchu jak o początku nocy, większość chyba jak o końcu dnia.
Kiedy się cisza z mrokiem zaplotą w uścisku** latają zmierzchnice - może to one prawdopodobnemu nielubieniu winne.
I prawdopodobnie nie lubię tego, że zmierzch ujawnia to, czego za dnia nie widać i czego nie widać w nocy. I że widać więcej, choć przecież mniej. O!
Prawdopodobnie to jednak tej jego niestałości nie lubię, bo jest inny o każdej porze roku, ba! każdego dnia jest inny, niczego się po nim nie można spodziewać. Taki urok zMroku.  
I prawdopodobnie jeszcze tego, że nie wiadomo, co o nim myśleć, bo czasem się go wyczekuje (zachodźże, słoneczko), czasem chętnie by się go odwlekło, gdy nieubłaganie nastaje.  
Iluż osób on inspiracją - był, jest, będzie (prawdopodobnie). I cóż byśmy bez niego poczęli. Ach! ta względność narzucająca oględność.
Można zmierzać, można zmierzchać... I znowu tylko to ce-ha.



 [Caspar David Friedrich] 


______________________

* Pavel Vilikovský
** Bronisława Ostrowska